14:57

Nasza codzienność - macierzyństwo widziane moimi oczami

Nasza codzienność - macierzyństwo widziane moimi oczami

 


Wiercisz się zanim otworzysz oczy, więc gdy się budzisz patrzę już na Ciebie. Uśmiechasz się tak pięknie. Siadasz, żeby za chwilę położyć na mnie głowę i trwamy tak przez ułamek sekundy. Uwielbiam to Twoje przytulanie. Mówię, że muszę Cię przebrać. Podaję Ci co mam pod ręką, mówisz, że nuda i idziesz dalej. Budzisz tatę. Ciągniesz go za nos i próbujesz otwierać oko. Ciekawe kto Cię tego nauczył. ;)

Sadzam Cię na krzesełku. Przypinam pasami nawet gdy siedzę obok, bo ostatnio wyszedłeś na stół. Byłeś z siebie tak zadowolony, że teraz trochę się buntujesz, gdy zapinam zatrzaski. Robię śniadanie i podaję Ci to samo. No jeszcze bez cukru, soli i keczupu. Nawet Twoją kaszkę jemy razem. Słabo Ci idzie to jedzenie, gdy karmię Cię łyżeczką, więc dodaję kawałki banana, od razu lepiej. Nie lubisz papek. Nie często masz okazję je jeść. Wolisz jedzenie rękami. Idzie Ci coraz lepiej. Gdy wyciągasz dłoń do góry, wiem, że chcesz na ręce. Używasz tego gestu już od dawna. To tata odgadł, że wcale nie chcesz machać, tylko żeby ktoś Cię podniósł.

Idziemy na spacer. Opowiadam Ci co mijamy po drodze. Podaję liście. Mówię, że nie są do jedzenia a Ty się śmiejesz w głos. "Kokoko" - mówisz, bo podwórko z kurami to stały punkt na naszej trasie. Dalej są konie, nie chcą podejść bliżej, więc wołasz je, a później zawiedziony płaczesz. Jesteś już śpiący, więc w drodze powrotnej śpiewam Ci "Ale to już było" i zasypiasz. Doceniam, że polubiłeś wózek. Dzięki temu, mogę Cię zabierać na długie spacery.

Po drzemce zawsze jesz obiad. Psy zaglądają co Ci tam spada pod krzesełko, ale jeszcze nie są zainteresowane sprzątaniem tego. No może mięso czasem wyjedzą.

Wieczorem czytamy książki i rozkładamy zabawki. Lubisz "Jano i Wito w trawie", tę grającą z muzyką Mozzarta, nad którą się wahałam przy zamówieniu, a okazała się naszym hitem. Ostatnio najczęściej sięgasz po małe książeczki o Puciu i te z Kapitana Nauki. Uwielbiasz książki z okienkami, odkąd wyrwałeś jedno sprawdzasz czy inne też można. Z zabawek najbardziej podoba Ci się układanka ze zwierzątkami i Arka Noego. Lubisz też spędzać czas w basenie z kulkami.

Kąpiel jest super. Nie płaczesz przy wychodzeniu z wody, bo wiesz, że czeka Cię mycie zębów, które lubisz tak samo. Znów mi uciekasz przy ubieraniu. Bawi Cię to zawsze. Mamy czas.

Szykujemy się do spania. Latasz jeszcze samolotem. Kręcimy się w kółko, śpiewam "Karuzela czeka...". Śmiejesz się w głos. Później przez sen też się śmiejesz, a ja wiem, że za nami kolejny udany dzień.

_______

Nie potrafię ująć słowami ile szczęścia wniósł w nasze życie ten mały chłopiec. 



14:43

Nie stawiajcie matek w takiej sytuacji

Nie stawiajcie matek w takiej sytuacji

 

     



    Mam kilka lat. Wysoki dorosły trzyma mnie nad ziemią. Wiem, że za chwilę kolejny raz zamierza podrzucić mnie do góry. Robi to, a ja boję się, że zaryję głową w drewnianą belkę nad nami, albo że upadnę na parkiet. No w każdym razie, jakoś mu kurde nie ufam. Czekam aż postawi mnie na ziemi i mam zamiar unikać go przez resztę wesela. Nie reagował na moje protesty. Nie pamiętam czy powiedziałam o tym rodzicom. Pamiętam, za to, że byłam przerażona. Musiało to być dla mnie silne przeżycie, w końcu z jakiegoś powodu zapamiętałam to zdarzenie, mimo że nie pamiętam czyj był to ślub.

    Agata, która na instagramie prowadzi bardzo fajny profil jestem.mama, poruszyła dziś temat traktowania dzieci przez dorosłych na różnych rodzinnych zjazdach. Opisała wydarzenie, gdzie jej 2 letniemu synkowi wpadł pod weselny stół balonik, a dorosły który go podniósł rzucił tekstem "Oddam Ci balonik, jak się ze mną przywitasz". Możecie zobaczyć na Agatowym stories jak na to zareagowała. Brawo dla niej za tą reakcję. Na pewno nie fajnie jest zwracać komuś uwagę, to też jest wyjście ze strefy komfortu. Samej jest mi ciężko zwracać ludziom uwagę. I mam taką refleksję, że nie musiałam tego robić zanim nie zaszłam w ciążę. Kiedy ludzie widzą zaokrąglony brzuszek, albo małe dziecko dostają małpiego rozumu. Bo przecież to takie słodkie pogłaskać ciążowy brzuszek (aż mnie wzdryga na myśl o kobiecie, która w sklepie niespodziewanie pogłaskała mój brzuch mówiąc, że musiała bo to przynosi szczęście!!!), czy przytulić małe, słodkie dzieciątko.

    Miałam to szczęście, że kiedy hormony po ciąży i porodzie jeszcze we mnie wrzały, nie musiałam nikomu tłumaczyć jak zachować się przy dziecku, bo spotykałam się tylko z najbliższymi, którzy mnie znają i wiedzą, że moja strefa komfortu ma przynajmniej pół metra, a moje dziecko to MOJE dziecko. A później przyszedł lockdown - 2 metry dystansu, no dla mnie idealnie.

No, ale nie można w nieskończoność unikać ludzi, kiedyś trafi się ktoś kto powie „no nie bądź taki, przywitaj się z ciocią”, „daj buziaka, nie bądź dzikus”, „co Ty taki nieśmiały, wujek chce Cię tylko przytulić”. I co wtedy? No nic. Ciocia, czy wujek będą musieli pogodzić się z tym, że nie każde życzenie da się spełnić. I że świat nie kręci się wokół nich, nawet jeśli widzą dziecko raz na rok i nawet jeśli przyjadą z wypasionym prezentem. Nie pozwolę na to, by ktoś zmuszał moje dziecko do czegoś na co ono nie ma ochoty. A jeśli ktoś powie, że jest niewychowane? Trudno. Mam świadomość, że jeśli będzie potrafiło odmówić znajomej osobie, nie będzie też miało oporów przed tym by komuś kto chce je skrzywdzić rzuciło „spieprzaj dziadu”.

Już samo wypychanie zestresowanego malucha do przodu i rzucanie „wypada powiedzieć dzień dobry” to dla mnie dręczenie dziecka. Więc co, ma nie mówić? Jeśli nie ma takiej potrzeby, okej. Co nie znaczy, że temat olewam. Przecież obserwuje jak sami witamy się z ludźmi. Wiem, że od tego co dziecku mówimy, bardziej liczy się to co przy nim robimy. W książeczkach ogląda obrazki, tłumaczę, że postaci mówią „dzień dobry”, „do widzenia”. Nie wierzę, że zmuszanie go do robienia czegoś wbrew jego woli, może przynieść lepsze skutki.

Sama mam tylko kilka osób z którymi witam się przytuleniem. A kiedy mam przywitać się z większą ilością osób czuję stres, bo zwyczajnie tego nie lubię. (I  jeszcze to wiecie, widzieliśmy się już kiedyś? nie widzieliśmy? Przedstawić się czy nie?) Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku rzucam "cześć" i macham ręką, podczas gdy mój mąż podchodzi do każdego, śmiało się witając.

A już jak płachta na byka działa na mnie „no weź, bo cioci będzie przykro”. To my jesteśmy dorośli i to my odpowiadamy za nasze uczucia, nikt mi nie będzie manipulował dzieckiem. Pamiętajcie, że nie wszyscy chcą dla naszego dziecka dobrze. Dziś przytuli się do wujka, żeby nie było mu smutno, jutro może zostać zmanipulowane w taki sam sposób do gorszych rzeczy.

Widzieliście kiedyś broniącą swoich kurcząt kwokę? Potrafi siąść na kark największemu psu. Jestem taka matka-kwoka. Choć, jak na wstępie wspomniałam – to jest CHOLERNIE ciężkie wychodzić ze swojej strefy komfortu. Dlatego nie stawiajcie matek w takiej sytuacji, zanim zmusicie dziecko do tego, żeby się z Wami przywitało, przytuliło, pobawiło, zadajcie sobie pytanie CZY TO MOJE DZIECKO? Jeśli odpowiedź to „nie”, poczekajcie aż samo będzie miało na to ochotę. A jeśli nie? No trudno. Nie wszystko można mieć.

Od czasów bycia nianią mam zwyczaj pytania dzieci, czy mogę je wziąć na ręce, jeśli już muszę to zrobić (bo na przykład się nim opiekuję). To dobre, nawet jeśli dziecko nas jeszcze nie rozumie. to jest to dla niego zapowiedź tego co zaraz nastąpi. Chyba nie chcielibyście żeby podszedł do Was wielkolud i porwał Was z ziemi wprost w ramiona, albo - o zgrozo - podrzucił w powietrze.

Stare pokolenie powie, że to nasz wymysł. Że kiedyś gówniarzeria szanowała starszych. Że to złe wychowanie odmówić cioci całusa na powitanie. Ale kiedyś to się prało we Frani i płukało w rzece, a myślę, że z automatem każdemu jest wygodniej. Tak samo z pewnością siebie i poczuciem sprawczości.

10:55

Tęczowe dzieci istnieją na prawdę - ciąża po stracie - moja historia

Tęczowe dzieci istnieją na prawdę - ciąża po stracie - moja historia


Dodając na instagram pierwsze zdjęcie Maksa po urodzeniu chciałam podzielić się z Wami naszą radością, i zostawić je sobie na pamiątkę w wirtualnym świecie. Ale przede wszystkim pragnęłam tym z Was, które ciągle jeszcze czekają na dziecko, dać nadzieję. Nadzieję na to, że po burzy jednak wychodzi to słońce i tęcza i pojawia się nareszcie "tęczowe dziecko". Wiem, że jest Was tutaj dużo. Za dużo. Takie straty nie powinny mieć miejsca. Dostałam już od Was kilka wiadomości o tym, że nasza historia jest światełkiem w tunelu. Że skoro mi, po dwóch stratach, udało się zajść w zdrową ciążę i urodzić zdrowe dziecko, wierzycie, że Wam też się uda. Jeśli jesteś jedną z kobiet, która musiała przedwcześnie pożegnać się z dzieckiem, bardzo mi przykro, że Cię to spotkało. Cieszę się, że tu trafiłaś i mam nadzieję, że odnajdziesz pocieszenie w moich słowach. A przede wszystkim czekam na wiadomość, że Ty też przytuliłaś swoje dziecko.

Ciąża po stracie, nawet ta całkiem zdrowa, nie jest łatwa. To rollercoaster emocji, chcesz skakać z radości na widok dwóch kresek, ale do ziemi brutalnie przygniata Cię świadomość, że już znasz tą historię, ze złym zakończeniem.

Gdybym miała powiedzieć co było dla mnie najtruniejsze to powiedziałabym, że pierwsze tygodnie, kiedy jeszcze nie czułam ruchów, szczególnie przekroczenie granicy, kiedy straciłam dzieci. Ciężko było mi się cieszyć z rosnącego pod sercem maleństwa, kiedy skupiałam się na najdrobniejszych obawach. Ukłucia. Brak mdłości. Jak pomyślę jak czekałam na te mdłości... (Jak już się pojawiły nie opuściły mnie do samego końca ;)) Każda wizyta w toalecie kończyła się sprawdzeniem czy nie plamię. I... dokładnie w okolicy tego tygodnia w którym straciłam poprzednie ciąże na bieliźnie zauważyłam plamienie. Tak samo było, kiedy skończyła się moja druga ciąża. To jest strach nie do opisania. Boisz się, że tracisz kogoś kogo jeszcze nie poznałaś, ale już zdążyłaś pokochać.

Zgłosiłam się na izbę przyjęć. Powtarzałam sobie, że wszystko jest dobrze. Ale przecież już raz tak czekałam zaklinając rzeczywistość i modląc się żeby wszystko było dobrze. Po kilku godzinnym oczekiwaniu zostałam zbadana tylko na fotelu i lekarz po poinformowaniu mnie, że nie widzi krwawienia, zapytał czy chcę zostać na obserwacji. No raczej! Odpowiedziałam bez namysłu, że zostaje i niech mnie badają jak chcą, byle szybko. Ale, że trafiłam tam na majówkę, było mało lekarzy, dużo cesarek i nikt nie miał czasu zrobić mi USG... Bez wątpienia przeżyłam wtedy najgorszą noc w moim życiu. Kiedy nad ranem zaczęłam krwawić byłam już pewna, że to już koniec. Nareszcie ktoś się mną zainteresował. Do dziś pamiętam ten stres. "JEST SERCE?" pytałam ledwo lekarz dotknął mojego brzucha. "No jest, czemu miałoby nie być?" ... No ciekawe skąd mi to w ogóle przyszło do głowy.

Po tygodniu znowu zaczęłam plamić, od razu pojechałam do innego szpitala, wcześniej dzwoniąc na izbę czy zrobią mi od razu USG. W szpitalu rzeczywiście odrazu wzięli mnie na USG, a w dodatku znaleźli przyczynę krwawienia. To mały krwiak, który już wtedy się wchłaniał, narobił nam tego strachu. Zastanawiałam się nad zmianą lekarza prowadzącego, ale chciałam dać jeszcze jedną szansę swojej prowadzącej, była w końcu jedną z najlepszych w mieście.

Wylądowałam trzeci raz w szpitalu (w tym "pierwszym") w którym pracowała moja prowadząca, tym razem z powodu ciążowej cukrzycy. Na wstępie dostałam od niej zjebkę za to, że udałam się do innego szpitala, a nie do tego "jej" w którym była kierownikiem oddziału. Stałam na korytarzu, słuchałam co ma mi do powiedzenia ta pretensjonalna kobieta i byłam w szoku, że można tak odnosić się do kobiety w ciąży. Nie wiem czy to jej zasługa, że utrzymałam tę ciążę - byłam faszerowana garścią tabletek. Ale już wtedy wiedziałam, że jak tylko wyjdę z tego szpitala to nikt mnie tam już więcej nie zobaczy. W dodatku o zastrzyki przeciwzakrzepowe poprosiłam sama lekarkę, która prowadziła moją salę. Była zdziwiona, że jeszcze ich nie biorę... Nikomu nie polecam tej pani "profesor".

Wróciłam do swojego poprzedniego lekarza. Dość specyficznego, ale nie robiącego bezpodstawnych wyrzutów a przede wszystkim wiedziałam, że jeśli nie będzie czegoś pewny to skieruje mnie gdzie trzeba. Był bardzo zaangażowany. Wysłał mnie do Warszawy na echo serca dziecka. Czekając na swoją kolej, totalnie zestresowana, przed samym wejściem poczułam pierwszy mocniejszy kopniak. Chyba wtedy trochę uwierzyłam, że się nam uda.

Drugi trymestr był już mniej stresujący. Zaczęłam robić wyprawkę. Na początek miałam kupić tylko kilka ciuszków, skończyło się na całej komodzie, więc do końca wakacji zapas mini ubranek był już gotowy, a ja je prałam, wywieszałam (kolorami!), prasowałam, składałam a potem jeszcze kilkanaście razy przekładałam i układałam od nowa. Czułam się dobrze, jeździliśmy nad rzekę i do znajomych. Musiałam tylko czuć kopniaki. Kiedy za długo się nie ruszał puszczałam "Mama ostrzegała". Działało.

W trzecim trymestrze znów odezwały się moje obawy. Po poronieniach przeczytałam wiele historii, także tych, które miały złe zakończenie pod koniec ciąży. Co tydzień jeździłam na KTG i USG, żeby sprawdzić przepływy. Ustawiałam wizyty tak żeby były przynajmniej co pół tygodnia.

Dla mnie ciąża po poronieniu to ciągłe napięcie. Czekanie na coś złego, czychającego zaraz za rogiem. Im starsza ciąża tym bardziej się cieszyłam, że dziecko się rozwija, a jednocześnie bałam. Wiedziałam jak się traci dziecko w 12 tygodniu ciąży, ale później? To jak rozdwojenie jaźni - rozmawiasz z ludźmi o przyszłości z dzieckiem, w głowie mając alternatywną przyszłość bez niego. Ale patrząc teraz z perspektywy czasu - uwielbiałam ten stan. Cały maj w szpitalu, garść tabletek, każdy koszmar i ponad dwieście zastrzyków w brzuch, przeżyłabym to jeszcze raz dla tych kopniaków.

12:15

Wszyscy jesteśmy szczęściarzami

Wszyscy jesteśmy szczęściarzami

Wdzięczność to coś czego totalnie nie praktykowałam. Odkąd pamiętam byłam raczej marudą, narzekającą na wszystko i szukającą przysłowiowej dziury w całym. A jak się wystarczająco długo drąży to uwierzcie - dziurę idzie znaleźć we wszystkim i to taką, że hoho. Długo zajęło mi odkrycie, albo może zrozumienie, że to do niczego dobrego nie prowadzi.

"Znajdź sobie biuro, czasem chciałabym posiedzieć sama w domu" - wierciłam dziurę w brzuchu mężowi. I serio, nie wiem co mi przeszkadzało w tym, że pracował w domu. Dzisiaj cieszę się, że zawsze możemy pogadać, kiedy potrzebuję mogę się przytulić, a ostatnie miesiące to już w ogóle, nie wiem jak poradzilibyśmy sobie chociażby z psem gdyby nie pracował w domu - szczególnie w maju, kiedy cały przeleżałam w szpitalu. Teraz wiem, że to nie chodziło o niego, o to, że nie wychodzi na kilka godzin dzień w dzień. To zawsze chodziło o mnie. Albo herbata. ILE można pić dziennie herbat?! I zrób herbatę, zrób herbatę. Nie wiem dlaczego wstawienie elektrycznego czajnika i zalanie wrzątkiem herbaty stanowiło dla mnie taki problem. A i jeszcze cukier i cytryna. I zawsze albo przesłodziłam albo dałam za mało cukru. To sam sobie zrób następnym razem. Tak teraz myślę, że może to depresja. Bo takie codzienne, proste czynności były dla mnie jak wejście na Mount Everest w skarpetkach. Teraz się wzruszam, kiedy zaparzam trzecią herbatę. Już nie słyszę, że za mało słodka. Chyba też się czegoś nauczył. :)

Dzisiaj jestem inną mną. Wiadomo, każdy się zmienia. Ale ja zmieniłam się tak totalnie, że jak wspominam starą siebie to jest mi za nią wstyd. I trochę mi jej szkoda, bo zmarnowała wiele lat. Codziennie wstaję i myślę "wow! jestem szczęściarą!" - budzę się obok faceta, którego kocham i który kocha mnie, w nogach leży pies, po drodze do łazienki na korytarzu wita mnie zaspany kot, a kiedy robię herbatę miauczeniem przypomina o napełnieniu miski drugi. Jemy leniwe śniadanie na obiad, obiad na kolację, kolację kiedy wszyscy normalni ludzie już śpią. A jak nie chce mi się gotować to zamawiamy pizzę i też jest dobrze. Taki dom chciałam. Taki stworzyliśmy. I serce mi się łamie na myśl o tym, że mogłam to wszystko stracić - bo szukałam czegoś czego nie ma.

Trudno nauczyć się wdzięczności, jeśli nie ma się jej w sobie. Mi to przyszło w bólach, bo czasem żeby coś na prawdę docenić trzeba to stracić, ale tak, że potem ledwo się stoi na nogach. Nie wiem czy byłabym gorszą matką, gdyby dane mi było urodzić pierwsze dziecko. Nie wiem czy byłabym wystarczająco dobra dla drugiego. I wciąż mam wątpliwości jaką mamą będę teraz. Ale to co wiem na pewno teraz to, że jestem wdzięczna za każdy dzień. Za każdą garść tabletek, które łykam wieczorem. Za każdy zastrzyk, który robię sobie w brzuch, bo każdy z nich to znak, że się udało, że minął kolejny dzień i jest dobrze. Zbieram je w pudełeczku. Pamiętam jak wrzuciłam tam pierwszą strzykawkę i nie mogłam się doczekać aż będzie ich więcej, teraz muszę rozejrzeć się za większym pudełkiem. Jest ich już na pewno ponad dwieście. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że zrobię sobie zastrzyk w brzuch popukałabym się w czoło. Sama. Wbiję igłę w brzuch. No way. A to już tyle miesięcy. Nie wiem na ile pomagają zastrzyki, bo dostałam je profilaktycznie, może w ogóle nie musiałabym ich brać i wszystko byłoby dobrze. Wolałam nie sprawdzać. Na pewno robią mi dobrze na głowę. ;) 

I wiecie co? Myślę, że wcześniej, na każdym etapie życia, też mogłabym być szczęśliwa - gdybym tylko potrafiła docenić to co mam i nie szukać tego czego nie tylko nie mam, ale czego nie ma w ogóle. I nie tęsknić do tego co było, pogodzić się z tym, że odeszło. Wszyscy jesteśmy szczęściarzami, musimy tylko to odkryć.



 

13:35

To tak straszne, że nikt nie odważył się wymyślić na to nazwy #CISZAPODSERCEM

To tak straszne, że nikt nie odważył się wymyślić na to nazwy #CISZAPODSERCEM


Chciałabym Wam wytłumaczyć świat, ale nie mam takiej mocy. Bardzo chcę wierzyć, że słyszycie moje myśli, ale na prawdę nie rozumiem tego co się tu na Ziemi wyprawia. Nie rozumiem dlaczego Was nie ma i bardzo się boję, że Wasze rodzeństwo nigdy się nie pojawi albo urodzi się chore.

Jeśli Superbohaterowie istnieliby na prawdę, to Mamy patrzące na śmierć swoich dzieci byłyby mianowane tym tytułem jako pierwsze. Tylko dlaczego dzieci umierają? Zaraz będzie drugi rok jak staram się nie zadawać tego pytania, to jest strasznie trudne. I strasznie trudne jest to, że wiem, że nikt nie zna na nie odpowiedzi.

Dziecko, któremu umrą rodzice to sierota. Żona, której umrze mąż to wdowa. Mąż, któremu umrze żona to wdowiec. Jak nazywa się matka, której umarło dziecko? Jak nazywa się ojciec, który je stracił? Jak nazywają się rodzice, którzy nie zdążyli go poznać? To tak straszne, że nikt nie odważył się wymyślić na to nazwy.

Chciałabym Wam powiedzieć, dlaczego nie ma Was ze mną. Ale nie wiem.

Chciałabym Wam powiedzieć, że jest mi tutaj szczęśliwie. Ale nie jest.

Nie da się zapełnić takiej straty.
Można tylko nauczyć się z nią żyć.




18:28

Babcia życzyła mi mało przyjaciół

Babcia życzyła mi mało przyjaciół


Też nosiłeś w swoim plecaku mały, kolorowy pamiętnik, do którego wpisywali się szkolni znajomi? Mój miał kolorowe kartki, które nadal tak słodko pachną, mimo, że pamiętnik skończy wkrótce 20 lat! Wpisywali mi się do niego głównie dzieci i nauczyciele ze szkoły podstawowej, ale też bliskie mi osoby. Szczególnie jeden z tych wpisów wzbudził we mnie dużo emocji. Należy do mojej babci i brzmi tak: "Miej niewiele pragnień, to Cię uszczęśliwi. Miej mało przyjaciół, niech będą prawdziwi." W mojej kilkuletniej głowie nie mieściło się, że babcia może mi tak źle życzyć! Jeszcze to "niewiele pragnień" rozumiałam, łatwiej je wtedy spełnić. Ale mało przyjaciół?! "Coś Ci się pomyliło. Chciałaś napisać dużo!" - zwróciłam jej więc uwagę, podsuwając pamiętnik do poprawki. Odpowiedziała, że zrozumiem jak będę duża.



Od zawsze czułam, że nie pasuję


Nie rozumiałam, bo przecież ja chciałam dużo przyjaciół! Gdybym tylko wiedziała, że wcale nie ma znaczenia to z kim siedzę w szkolnej ławce, a nawet to czy w wycieczkowym autokarze zajmuję miejsce z tyłu, czy z przodu. Że moi znajomi są losowo wybranymi dzieciakami, które akurat urodziły się w tym samym roku co ja. I że jak tylko skończę szkołę przestanie mnie obchodzić czy mnie lubią, a po kilku latach nawet nie będę wiedziała jak wyglądają i co robią. No dobra, wtedy nie było fejsbuka. Teraz wiemy o sobie trochę więcej, ale nie ukrywajmy, nadal mnie to mało obchodzi. Ale wtedy chciałam być fajna i cool i mieć paczkę znajomych. To zupełnie normalne, potrzeba przynależności jest jedną z najważniejszych potrzeb człowieka. Tylko, że ja od zawsze czułam, że nie pasuję. Czułam się z boku. W każdej szkole. W każdej grupie. Każda relacja z koleżanką, kończyła się tak, że zostawałam olewana na rzecz kogoś innego, dla drugiej koleżanki czy chłopaka. Przynajmniej w moim odczuciu to właśnie tak wyglądało, bo prawda jest taka, że to ja nie umiałam zatrzymywać ludzi przy sobie. Miałam wrażenie, że stoję sama za szklaną szybą, podczas gdy cała reszta po drugiej stronie bawi się świetnie. A z drugiej strony czułam się od nich wszystkich lepsza. Ponad wszystkimi. Z żadnej szkoły nie wyniosłam przyjaźni na dłużej. Kontakty kończyły się wraz z ostatnim zakończeniem roku. I właściwie dopiero na studiach znalazłam ludzi z ktorymi weszłam w głębszą relację. Tyle, że tym razem to ja się odsunęłam. Poszłam nawet na inną specjalizację niż cała moja grupa. Podświadomie wolałam uniknąć odtrącenia.



Wszyscy byli za szklaną szybą


Zawsze się zastanawiałam skąd ten mur między mną a ludźmi. Tym bardziej, że paradoksalnie miałam w sobie ogromną potrzebę bliskości. Całe moje wnętrze do nich lgnęło, podczas gdy na zewnątrz coś mnie blokowało. Z upływem lat ta "szyba" stawała się grubsza. Wręcz dźwiękoszczelna. Czułam jakby wszystko działo się obok. Kiedy rozmawiałam z kimś nie potrafiłam skupić się na słowach. Mimo, że z całej siły chciałam się dopasować. Jak śpiewa Katarzyna Groniec: "Co dzień ta sama zabawa się zaczyna i przypomina dziecięce Twoje sny, chcesz rozbić taflę szkła a ona się ugina i tam są wszyscy, a na przeciw Ty." Czułam się obojętna całemu światu, a w rzeczywistości chodziło o jedną koleżankę, czy chłopaka. Poświęcałam danej osobie maksimum uwagi, gloryfikując ją sobie w głowie. Nie zauważałam, że w tym czasie ktoś inny próbował zaprzyjaźnić się ze mną. Tak bardzo chciałam, żeby było po mojemu. Nie potrafiłam odpuszczać. Aż w końcu to ja zaczęłam obojętnieć na świat. Szkło stało się już wtedy kuloodporne. Zaczęłam się urządzać w swojej szklanej kuli.



Życie w szklanej kuli


Można być samotnym mając kochającą rodzinę. Można być samotnym we dwoje. Można być samotnym w tłumie. Można być samotnym, kiedy telefon nie przestaje dzwonić. Można z samotnością walczyć, ale można też się do niej przyzwyczaić, oswoić i nauczyć się z nią żyć. A przynajmniej próbować. Mogłoby się wydawać, że taka szklana kula jest całkiem wygodna. Nie docierało do mnie przecież nic z zewnątrz, a zranić mnie mogły tylko te osoby, które do siebie dopuszczałam. Z tym, że pomóc też nie mógł nikt inny... No i trzeba było ciągle uważać, żeby takiej kuli nie stłuc, bo chociaż z zewnątrz solidna od środka była strasznie krucha. To był tylko mój wybór, czy chcę się wydostać na zewnątrz. Samotność jest zawsze wyborem.



"Miej mało przyjaciół..."


Musiało minąć wiele lat i wiele wypłakałam łez, zanim zrozumiałam babciny wpis. Wcale nie potrzebowałam należeć do żadnej grupy. Teraz już trochę rozumiem skąd mi się to wzięło. Od dziecka byłam nauczona życia "w elicie". W podstawówce byłam w centrum uwagi, siedziałam w pierwszej ławce, wygrywałam konkursy, każdy chciał się ze mną przyjaźnić a ja mogłam "wybierać". Nie umiałam zaprzyjaźnić się z jedną osobą. I tak mi już zostało. Dążyłam do doskonałej relacji, której i tak nie mogłam stworzyć, bo realni ludzie mnie nie interesowali. Czekałam przecież tyle lat na swoich "przyjaciół". Takich, którzy mogliby mnie zrozumieć i którzy chcieliby mnie taką jaka byłam.



"... niech będą prawdziwi"


A tych prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, to prawda. Na przykład, kiedy leżysz w szpitalu i piszesz, że nie chcesz nikogo widzieć, a po pół godzinie dostajesz smsa z pytaniem, która sala, bo ten ktoś wie, że tak na prawdę kłamałaś i wcale nie chcesz zostać sama. Albo wtedy, kiedy musisz się wygadać i nie boisz się napisać, mimo, że ostatnia wiadomość pochodzi sprzed pół roku. A później rozmawiacie jakbyście widzieli się wczoraj. Ciężko się ze mną przyjaźnić, ale doceniam tych, którzy trwają przy mnie już tyle lat. Mimo, że dopiero teraz uczę się w przyjaźń. To takie ważne, żeby celebrować wspólne chwile. Umawiać się na kawę, na film, na rower. Pytać co słychać. I wpadać bez okazji na herbatę. Ale przede wszystkim, akceptować drugiego człowieka takim jaki jest, ze wszystkimi jego wadami, a nawet właśnie te wady kochać najmocniej!

10:03

Dziękuję, że mnie nie chciałeś

Dziękuję, że mnie nie chciałeś



Nie wiem czy tutaj zaglądasz. Minęło sporo czasu odkąd nie mamy siebie w znajomych. Nawet nie wiem czy zauważyłeś, kiedy zniknęłam z Twojej listy. Było to dla mnie zbyt trudne, widzieć Twoje posty, nie mając z Tobą kontaktu. Dawniej każdy dzień zaczynałam wiadomością od Ciebie.

Piszę, bo chcę Ci podziękować, za to, że mnie nie chciałeś. Mimo, że wtedy wydawało mi się, że nie przestanę płakać z tego powodu, a koleżanki miały już dość słuchania o Tobie. Wiem, że wyjechałeś, napisałeś mi to, kiedy jeszcze wymienialiśmy się zdawkowo informacjami o życiu. Mam nadzieję, że odnalazłeś swoje szczęście i zapomniałeś o tamtej dziewczynie. Nie pamiętam ile już dokładnie nie mieliśmy ze sobą kontaktu, wydaje mi się, że całkiem niedługo, ale minęło już kilka lat. Skasowałam nasze rozmowy, kiedy nie mogłam przestać do nich wracać. Sam wiesz, pewne rzeczy trzeba przyśpieszyć.

Byłeś typem chłopaka, od których ojcowie każą trzymać się daleko. Miałeś w oczach błysk i niewypowiedzianą krzywdę. Bardzo chciałam Ci pomóc. Długo myślałam, że spotkaliśmy się właśnie z tego powodu i postawiłam go sobie za życiową misję. Nie rozumiałam, kiedy mówiłeś, że nie chcesz mnie wciągać w swoje problemy. Byłam pewna, że się ze mną droczysz. Dziś dziękuję Ci za to. Nie dlatego, że nie zasługiwałeś na pomoc, ale dlatego, że nie byłam kimś kto mógł mieć dobry wpływ na Twoje życie. Mogliśmy pić piwo nad rzeką, słuchać rapu i chodzić za rękę po mieście przez całą noc, rozmawiając na każdy temat. Ale nie mogliśmy stworzyć zdrowej relacji. Wtedy tego nie wiedziałam. Dziś, jestem pewna, pilibyśmy razem już nie tylko w weekendy.

Kiedy już Ciebie nie było, spędzałam całe dnie w łóżku. Wtedy wydawało mi się, że jestem leniwa. Z resztą wszyscy wokół mnie w tym utwierdzali. Dziś wiem, że to były początki depresji. Zawsze byłam dobra w ucieczki. To była moja ucieczka od życia. Przesypiałam je. Najgorsze było to, że nie umiałam sobie pomóc. Oglądałam kryminały, thrillery i dramaty, puszczałam przygnębiające piosenki, wynajdowałam na forach historie o ludzkich tragediach. Szukałam pocieszenia w osobach, które przypominały Ciebie. Dużo imprezowałam, pijąc olbrzymie ilości alkoholu. Śmiałam się tańcząc, a w nocy zagryzałam zęby na nadgarstkach. Dużo myślałam o śmierci. Nie chciałam się zabić, ale chyba chciałam umrzeć i bałam się śmierci jednocześnie. Myślałam, że ta śmierć jest już całkiem blisko. Miałam 21 lat. Gdybyś to czytał, w tym momencie byś się zaśmiał, chociaż wiem, że miałeś jak ja. O to chodziło - czułam, że jedyną osobą, która jest w stanie mnie zrozumieć jesteś Ty. Może dlatego nie powiedziałam nikomu o tym co dzieje się w mojej głowie.

Miałam Ci za złe, że nie było Cię przy mnie, kiedy nie radziłam sobie z życiem. Kiedy nie było przy mnie nikogo, kto zamiast "weź się w garść" powiedziałby, że też tam miał i że z tym da się żyć. Miałam Ci za złe, że odszedłeś, kiedy paradoksalnie było najlepiej. A jednak teraz Ci za to dziękuję. Dziękuję Ci za to, że Ciebie tu nie ma. Że mimo mojego obsesyjnego uczucia do Ciebie, potrafiłeś uciąć tą znajomość. Że mnie nie skrzywdziłeś, bo wszystko przez co cierpiałam zrobiłam sobie sama.

Jak Ci jest za granicą? Mówiłeś, że nic Cię tu nie trzymało, ale wydaje mi się, że nie ma miejsca jak dom i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Jeśli kiedyś zajrzałeś na mój profil, wiesz, że wyszłam za mąż. Za mężczyznę zupełnie innego od Ciebie. Mamy dwa koty i psa, ale to z pewnością Cię nie dziwi. Może zapytałbyś tak jak inni, kiedy kolej na dwunożne. Przeszłam przez wachlarz reakcji w odpowiedzi na podobne pytania. Byłam w ciąży. Dwa razy. Chociaż kiedy o tym teraz piszę wydaje mi się to już abstrakcją. Jeszcze tego nie przepracowałam i obawiam się, że to ten rodzaj bólu, który trzeba przenieść przez całe życie. I to chyba nieprawda, że dziecko ten ból wynagradza. Może kiedyś się dowiem. Ale Ty pamiętasz mnie z czasów, kiedy mówiłam, że nie chcę mieć dzieci. Dziś wiem, że bałam się, że będę złą matką. Nie wierzyłam w siebie.

Nadal nie wierzę, ale co przynajmniej zamiast przyczepić się o coś, codziennie staram się powiedzieć coś miłego tej dziewczynie z lustra. Nawet wtedy, kiedy cały dzień chodzi w dresie. I wydaje mi się, że lubię ją bardziej. Lubię ją w ogóle. A już na pewno lepiej o nią dbam. Zaczęłam nawet gotować.

Wiesz, też rozdawałam złudną nadzieję. Też odchodziłam od ludzi. Też złamałam komuś serce, tak, że przez kilka lat nie mógł o mnie zapomnieć. Tak, że przyjeżdżał pod mój dom i bałam się wychodzić z psem. Wtedy było mi to obojętne. Dziś mi przykro, że zmarnowałam komuś tyle lat. Że zrobiłam sobie z kogoś opcję awaryjną. Chociaż pewnie teraz w liście do mnie, dziękowałby, że go nie chciałam.

00:45

Pomidorowa

Pomidorowa


Puściłam gaz i postanowiłam pożegnać się z życiem. I wtedy moja mama zawołała „Agnieszka” czy tam „Agusiu, zupa na stole.” I ja wyjęczałam umierającym głosem syreny „Ale jaka?”. I usłyszałam z kuchni: „Pomidorowa”.

Postanowiłam przed śmiercią jeszcze zjeść jeden posiłek i jakoś mnie ta zupa na tyle wzmocniła, że do tej pory żyję.”

Agnieszka Osiecka

Rozpadam się. Najpierw na trzy: na to co myślę, na to co czuję i na to co mówią, że powinnam robić. A później to już idzie lawinowo. Obejmuję rękami ramiona i staram się przytulić tego dzieciaka, który mieszka w moim ciele i jest tak koszmarnie wrażliwy. Chociaż najchętniej wyjęłabym go z siebie i sprała mu tyłek za to co mi robi. Ale. Dzieci się nie bije.

Nie liczę razów, kiedy podniosłam się z ziemi, otrzepałam i ruszyłam do przodu, tylko po to żeby znowu upaść między pokojem a kuchnią. Dni mijają, a ja tkwię jak w jakiejś bańce, mijam uśmiechniętych ludzi i im zazdroszczę, zapominając, że pomiędzy uśmiechem a szczęściem nie ma znaku równości.

Łatwiej jest puścić smutny rap niż wziąć się w garść i coś z tym smutkiem zrobić, Bonson jest mi więc przyjacielem. Ale kiedy jest mi już tak naprawdę, naprawdę smutno robię sobie makijaż i ubieram się w najlepsze ciuchy, bo mam świadomość, że jak się w takiej chwili zawinę w kołdrowe burrito i wezmę urlop na żądanie to mogę już nigdy nie wstać. A potem już nie wiem czy to moje udawanie szczęścia to z pewnością nadal udawanie.

Jakaś część mnie kocha życie. Tak bez granic, aż chce się o tym krzyczeć. Głośny śmiech, rozmowy do rana, spacery, psy i fotografię. I tylko nie umie się tym cieszyć wystarczająco wdzięcznie, bo ta ciemniejsza strona jest cwana. Daje złudzenie, że pogrążanie w smutku to wytchnienie. Nawet jeśli rzeczywiście - to tylko na chwilę. Słuchanie smutnych piosenek i czytanie o tragediach zapewnia „nie tylko Ty tak masz!”, ale sprawia, że Twój magazyn nieszczęść stale się rozrasta.

Mam to szczęście, że spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy pomagają mi wrócić do życia, kiedy ja tego życia już nie chce. Kiedy wydaje mi się, że czegoś nie przeskoczę, nie przeżyję, że dalej jest już ściana i tylko koniec, to dostaję wiadomość, telefon, to może być cokolwiek. Jak ta pomidorowa Osieckiej.

Kiedy ktoś mi mówi, że nie chce mu się już żyć, potrafię godzinami mówić o tym, dlaczego życie jest piękne i że można być szczęśliwym, tylko trzeba zrzucić ten smutek, postawić na szczęście i dać sobie pomóc. I teraz już rozumiem, dlaczego mam magnes na nieszczęśliwych ludzi. Wydawało mi się, że jeśli pomogę komuś będzie mi lepiej, bo teoretycznie wierzyłam we wszystkie te swoje wywody o super stronach życia. Ale to tak nie działa. Ktoś mi to już dawno temu tłumaczył, wysyłając wers „Aleja nr 6 grób nr 4”: „Pomagał innym przezwyciężyć cierpienie, a sam tracił wewnętrzną nadzieję.” Ale musiałam dorosnąć żeby zrozumieć. Nie da się kochać ludzi, nie kochając siebie.

04:14

Stres u kota - przyczyny, objawy, skutki i zapobieganie

Stres u kota - przyczyny, objawy, skutki i zapobieganie





Koty są mistrzami w ukrywaniu bólu, potrafią maskować swoją chorobę tak długo aż dojdzie do wyniszczenia organizmu. Wynika to z głęboko zakorzenionego instynktu przetrwania – chory lub zraniony kot jest łatwym celem dla większego drapieżnika, dlatego za wszelką cenę ukrywa słabości. Podobnie jest ze stresem. Niestety nie wytłumaczymy kotu, że nam może zaufać i najczęściej swój dyskomfort ukrywa także przed nami. Stres może być dla naszego pupila bardzo niebezpieczny, przyczynia się do rozwoju chorób, wyniszczenia organizmu, a nawet śmierci kota. Tak ważne jest więc nauczenie się rozpoznawania objawów świadczących o jego stresie i nasza szybka reakcja.


Jak rozumiecie pojęcie „stres”?

Mówimy, że ktoś się stresuje i wyobrażamy sobie studenta gryzącego długopis nad egzaminem, albo papierosa trzymanego trzęsącymi się rękami przez osobę po kłótni z szefem. Powszechne rozumienie stresu nie wyjaśnia czym ten jest naprawdę. Każda zmiana jakiej doświadczamy wymaga adaptacji naszego organizmu, który w kontakcie z nowym bodźcem jest automatycznie gotowy do działania. Mówiąc prosto - stres to fizjologiczna odpowiedź organizmu na zmiany w otaczającym go świecie. Bez względu na to czy zmiany te są złe czy dobre, nasz organizm nie odróżnia złego i dobrego stresu. Nie mamy też wpływu na to co nasz organizm uzna za zagrażające, mogą to być rzeczy które z natury takie nie są. Na przykład oglądając horror mamy świadomość, że zła postać nie wyjdzie z telewizora i nie zrobi nam krzywdy, nie krzyczymy i nie uciekamy w popłochu, ale mimo wszystko nasze serce przyspiesza, a adrenalina rośnie. Realnie po nas tego nie widać, siedzimy przecież spokojnie na fotelu i patrzymy w telewizor, podczas gdy nasz organizm przygotowuje się do działania. Tak samo kot, który z pozoru jest spokojny, dużo śpi, chętnie je, a czasem nawet mruczy, w środku przeżywać może silny stres.

Tolerancja na stres u każdego kota może być inna. Wynika to z odmienności charakterów, socjalizacji jaką przeszedł kot w przeszłości i sposobu w jaki jest wprowadzany w stresującą sytuację. Podam przykład na naszych kotach. Zosi nie przeszkadzają wizyty gości - biegnie do drzwi za każdym razem gdy usłyszy dzwonek, nie ważne czy to ktoś z nas, czy ktoś zupełnie jej obcy. Kuban natomiast chowa się w łazience nawet kiedy na progu stanie tylko na chwilę pan od pizzy. A gdy w domu pojawił się pies Kuban był nim zainteresowany i szybko się do niego przyzwyczaił, za to Zośka spędziła wtedy kilka tygodni nie schodząc z szafy i pomogły dopiero leki. W internecie możecie znaleźć filmiki na których właściciele pękają ze śmiechu kiedy ich kot skacze ze strachu na widok zielonego ogórka. Nie chodzi o samo warzywo, ale o to, że koty są bardzo wrażliwe na zmiany w otoczeniu. Ogórek na tych filmach kładziony jest zazwyczaj za kotem, podczas gdy on je. Miejsce spożywania posiłku jest dla naszego pupila wyjątkowym miejscem, miejscem w którym czuje się bezpieczny, dlatego kiedy skupiony na jedzeniu dostrzeże przy sobie nieznany obiekt będzie chciał się bronić lub uciekać. Nie róbcie tego swoim kotom.

Co może być źródłem stresu dla kota?


  • choroba lub uraz
  • zmiana rytmu dnia (np. inne godziny pracy właściciela)
  • złe relacje z innym zwierzęciem w domu
  • kłótnie w domu
  • zamykanie przed kotem pomieszczeń, do których wcześniej miał dostęp
  • zmiana miejsca zamieszkania
  • wyjazd właściciela
  • podróż
  • wizyta u weterynarza, groomera
  • udział w wystawie dla zwierząt
  • samotność
  • brak przestrzeni (za dużo zwierząt)
  • atak innego zwierzęcia
  • przemoc
  • nuda
  • hałas (odkurzacz, blender, remont sąsiadów, głośna muzyka)
  • nowy członek rodziny (dziecko, partner, zwierzę)
  • nowy przedmiot w domu, a nawet przemeblowanie
  • obcy (goście, listonosz, dostawca jedzenia)
  • brudna kuweta
  • ptaki na zewnątrz (frustracja kota, że nie może ich upolować)
  • śmierć właściciela
  • śmierć towarzysza


Tak jak wspomniałam na początku, koty często nie pokazują, że są zestresowane. Ich ciało przez miesiące, a nawet lata może być w stanie gotowości, cały czas przygotowane do obrony lub ucieczki, jeśli kot ma stały kontakt ze stresującym bodźcem. Tak samo jak my stresując się przy oglądaniu filmu spokojnie siedzimy, kot może tylko przyglądać się jak odkurzamy, podczas gdy jego ciało przygotowuje się do reakcji.


Co dzieje się w ciele naszego kota podczas stresu?


  • rozszerzają się źrenice
  • naczynia krwionośne się skurczają
  • serce zaczyna bić szybciej
  • ciśnienie krwi się podnosi
  • poziom glukozy we krwi wzrasta
  • pobudza się praca jelit
  • mięśnie napinają się
  • pobudza się pęcherz
  • oddech przyspiesza i staje się płytki


To wszystko może się dziać w kocie, gdy ten z pozoru spokojnie siedzi. Taka reakcja organizmu pojawiać się będzie za każdym razem, gdy kot zobaczy lub usłyszy źródło stresu. Kuban ucieka do łazienki często już wtedy gdy zadzwoni domofon, bo wie, że za chwilę drzwi się otworzą i pojawi się w nich ktoś dla niego obcy. Przez miliony lat taki system mechanizmów obronnych pozwalał przetrwać. Mięśnie były przygotowane do działania, płuca przygotowane do wentylacji, ciśnienie krwi się podnosiło, żeby wszystkie organy były gotowe do walki lub ucieczki. To nic, że w naszym domu nie ma realnych zagrożeń. Kot tego nie wie. Przy długiej ekspozycji na stres możemy przestać zwracać uwagę na objawy, ale nie znaczy to, że one znikną. Nasz organizm nadal będzie spięty i gotowy do działania.

Rozpoznanie długotrwałego stresu u kota, nie jest proste, szczególnie jeśli przez dłuższy czas w domu nic się nie zmienia, a kot wygląda na spokojnego. Są jednak objawy, które jesteśmy w stanie zauważyć. Każdej z tych reakcji zaobserwowanych u naszego kota powinniśmy się przyjrzeć dokładniej i jeśli mamy wątpliwości skonsultować to z lekarzem weterynarii. Z pozoru niegroźne objawy mogą mieć poważne skutki.

Objawy stresu u kota


  • mruczenie – kot mruczy kiedy jest szczęśliwy, ale mruczenie może być też dla niego formą samouspokojenia
  • skierowane do tyłu uszy
  • rozszerzone źrenice
  • spocone opuszki – mokre w dotyku, zostawiające ślady na podłodze, meblach
  • brak chęci do zabawy
  • drżenie ciała
  • zaburzenia wydalania, załatwianie się poza kuwetą
  • wymioty
  • nadmierne, nerwowe wylizywanie się lub zaprzestanie mycia
  • nadmierne wypadanie sierści, łupież
  • dyszenie
  • nadmierne drapanie się
  • nadmierne ocieranie się
  • chowanie się
  • spadek apetytu
  • ospałość
  • miauczenie
  • agresja

Musimy jednak pamiętać, że dla każdego kota objawy będą indywidualne. Zestresowany kot wcale nie musi być agresywny i nie musi chować się po kątach. Równie dobrze może łasić się do ludzi, głośno mruczeć i mieć wilczy apetyt. Podkreślę jeszcze raz – musimy być naprawdę wyczuleni na zachowanie naszego kota.

Skutki przewlekłego stresu


Stres dzielimy na krótko i długotrwały. Krótkotrwały stres nie jest groźny dla naszego kota, jeśli źródło stresu znika, lub przestaje być dla kota stresujące (np. przyzwyczai się do nowego domownika) wszystko wraca do normy. Problemem jest, gdy stresor jest obecny w otoczeniu naszego kota bez przerwy, tak jak np. drugi agresywny kot w domu. Dla Kubana głównym problemem, poza wizytami obcych mu osób w domu, jest fakt, że jest przeganiany przez Zośkę. Zocha nie jest w stosunku do niego otwarcie agresywna, ale potrafi przywalić mu łapą kiedy spokojnie ją mija, albo jak mogliście widzieć na instagramie, wychylić się z transporterka i ze spokojem wbić mu pazury w plecy. To wszystko zależy też od osobowości kota, inny by sobie z takim problemem poradził, Kuban jednak przeżywał to coraz bardziej i bardziej, aż doszło do problemów z pęcherzem. Czynniki stresogenne mogą się bowiem przyczyniać do rozwoju zapaleń pęcherza. U Kubana zdiagnozowano SUK, czyli syndrom urologiczny kotów (ang. feline urologic syndrome). Typowe głównie dla kocurów, szczególnie kastrowanych, rudych i rasy perskiej – czyli Kuba mieści się w każdym z tych zakresów.

Przede wszystkim – stres obniża odporność, przez co nasz kot narażony jest na bakterie i wirusy. Takie koty znacznie częściej chorują. Może grozić im na przykład śmiertelnie niebezpieczne zapalenie otrzewnej (FIP). Może prowadzić do rozwoju przewlekłych chorób takich jak alergie, otyłość, cukrzyca, choroby tarczycy, nadciśnienie, problemów z jelitami czy wspomnianych już wcześniej problemów z drogami moczowymi.

Jak zapobiegać długotrwałemu stresowi u kota?


Przede wszystkim musimy zapewnić środowisko przyjazne kotu, w którym będzie się czuł bezpiecznie. Spokojne mówienie do niego, głaskanie i zabawa pomogą rozładować stres i uporać się z nudą. Powinniśmy także zapewnić mu kryjówkę, koty lubią się schować i spać w ciszy, najlepiej jeśli będzie to miejsce niedostępne dla innych. Równie dobrze może to być domek na szczycie olbrzymiego drapaka, jak pudełko ustawione na regale na który kot bez problemu potrafi się wspinać. Ważne, żeby miejsce to było zaakceptowane przez kota. Dobrze, jeśli kot ma również drapak. Zadbajmy o to, żeby kocia kuweta była zawsze czysta i ustawiona w spokojnym miejscu.

Jeżeli wiemy, że ma nastąpić sytuacja, która będzie dla kota stresująca (np. urodziny dziecka, sylwester, przeprowadzka) możemy wcześniej go do niej przygotować. Najlepiej jeśli porozmawiamy o tym z behawiorystą lub lekarzem weterynarii. Na rynku dostępne są kocie feromony, mające działanie uspokajające, w postaci dyfuzorów do kontaktu, rozpylaczy, pasty, tabletek, obroży, kapsułek czy syropów, a także wieloskładnikowe preparaty, które zawierają L-tryptowan i L-teaninę, korzystnie wpływające na psychikę naszych kotów. Jeśli uda nam się ustalić przyczynę stresu, najlepiej ją wyeliminować. Na przykład na jakiś czas zrezygnować z zapraszania gości, których nasz kot nie zna lub nie akceptuje.

Pojedynczych zmian w życiu naszego kota nie jesteśmy w stanie uniknąć, ale ważne jest aby po takiej zmianie zapewnić mu powrót do równowagi i spokoju. Pamiętajmy, że jeśli zapewnimy kotu spokojne, komfortowe warunki życia będziemy się cieszyć jego zdrowiem i życiem znacznie dłużej. Nie można bagatelizować stresu w życiu naszego kota. Musimy mieć świadomość, że zwierzęta stres przeżywają tak samo jak ludzie, a przecież wiemy, że jeśli jest długotrwały prowadzi do destrukcji.


13:53

Psi Bank Krwi - ciemne strony

Psi Bank Krwi - ciemne strony

PSI BANK KRWI

Pomaganie jest fajne. Oddawanie krwi jest super. Krew ratuje życie. Nie tylko ta ludzka. Wiecie, że psy też mogą zostać dawcami? Istnieją specjalne Banki Krwi dla zwierząt. I to jest mega fajne - mieć świadomość, że w razie potrzeby możesz kupić krew, która jeśli zajdzie potrzeba transfuzji, uratuje Twojego psa. Byłam bardzo, na prawdę bardzo, zafascynowana ideą Banku Krwi dla zwierząt. Ale kiedy poznałam takie od środka, ta wizja psiego bohaterstwa totalnie się rozmyła.

Jakie warunki musi spełnić pies, aby zostać dawcą? 

Wystarczy, że ma od 2 do 7 lat, jest zdrowy, waży powyżej 27 kg, ma wszystkie niezbędne szczepienia i jest regularnie odrobaczany i zabezpieczany przeciw pchłom i kleszczom. Przed oddaniem krwi powinien mieć też zrobione badania w kierunku babeszjozy. Z reguły jest to przestrzegane, chociaż nam lekarz weterynarii zaproponował oddanie krwi, mimo, że Nuka waży ledwo ponad 20 kg, a w dodatku raz była szczenna (jeszcze zanim ją znaleźliśmy!), co też ją dyskwalifikuje.


Jak wygląda pobieranie krwi u psa?

"Ładnie leci!" - powiedział X. - "Jeszcze trochę." W rezultacie pani odebrała ledwo żywego psa, z którego ściągnięto 2 razy więcej(!!!) krwi niż można. Jednorazowo można pobrać 450 ml. "Nasz dzielny bohater! Jest osłabiony." - uspokojno właścicielkę, nieświadomą tego, że pies właśnie oddał prawie litr krwi, wciśnięto w nagrodę karmę i tabletkę na odrobaczenie (najtańsze, rzecz jasna) i odesłano do domu. Pies przyjechał na kroplówkę w nocy, bo jednak ciągle czuł się gorzej, po tym bohaterskim czynie. 

Duży biszkoptowy pies. Państwo znaleźli go dzień wcześniej, ale nie mogli przyjechać. Ciągnie za sobą tylnie łapy. "Nie będzie chodził, trzeba ulżyć mu w cierpnieniu." - słyszą. Pies wesoły, jadł z apetytem. Pani płacze. W domu dzieci czekają aż wrócą. Dostał już imię. Żadnej głębszej diagnostyki. Jak trzeba, to trzeba. Nie ma co ich winić, skąd mogą wiedzieć? Państwo zostali odprawieni z nowiuśką smyczą, którą kupili dla znajdy. Biszkopt trafił na stół i ściągnięto z niego krew. Całą. Robi się to w narkozie, ale nie podaje się dawki śmiertelnej - pies umiera w wyniku wykrwawienia. 

Właściciele oddali psa do uśpienia. Nie chcieli być przy uśpieniu. Po kilku tygodniach pies odnalazł się z wygolonymi łapami. Żywy.


Zwierzę się nie poskarży


Znam kilkadziesiąt takich i jeszcze gorszych historii, których nie chciałabym nigdy poznać, ale wierzę, że nie każdy Psi Bank Krwi tak wygląda. Niedawno na jednej z fejsbukowych grup zadano pytanie dlaczego pewna klinika nie pozwala wchodzić ze zwierzęciem na oddanie krwi. Tam odezwał się ktoś z jakiegoś Psiego Banku, że do nich zapraszają z właścicielem. I właśnie po to Wam to piszę. Szukajcie TAKICH miejsc, gdzie możecie być przy swoim zwierzaku i mieć cały czas na oku co się z nim dzieje. I nie dotyczy to tylko pobierania krwi w psim banku, ale jakichkolwiek działań przy WASZYCH zwierzętach.

Zwierzę nie powie Wam co działo się za zamkniętymi drzwiami. Widziałam i słyszałam o wielu przypadkach jak uderzono zwierzę, bo źle się zachowywało (bo się bało, bo ktoś nie miał podejścia albo/i cierpliwości!) a właścicielom ze słodkim uśmiechem mówiono, że było grzeczniutkie. Nie dajcie sobie wmówić, że przy właścicielu będzie się źle zachowywało, że mniejszy stres dla niego będzie jeśli poczekacie w poczekalni - wierzcie, że nie. Nawet jeśli jest potrzeba zrobienia czegoś poza włascicielem, to dlaczego nie pozwolić mu być za przeszklonymi drzwiami i patrzeć na to co ktoś robi z JEGO zwierzęciem? Pozostaje jeszcze kwestia szpitalnego leczenia. Czasem jest potrzebne, ale w większości przypadków to produkcja niepotrzebnych kosztów. Musicie to wyczuć. Jeśli nie jesteście pewni, macie prawo skonsultować stan Waszego psa z innym gabinetem. Przenosiłam psa z wenflonem i kroplówką do innej kliniki na stacjonarne leczenie, bo widziałam jak bardzo jest zestresowana. Nie dałam sobie wmówić, że to kwestia wypadku, czy działanie leków. Miała nie przeżyć nocy, ale już kolejnego dnia wszystko wróciło do normy! Zniknęły wszystkie neurologiczne problemy. Magia?

Zauważyłam, że takie zabieranie zwierząt to domena większych klinik. Myślę, że to kwestia braku zorganizowania, braku umiejętności personelu, braku odpowiedniej ilości czasu. Za drzwiami można przecież na przykład przekazać zwierzaka w inne ręce, a powiedzieć, że zrobiło się coś samemu, a w międzyczasie zrobić milion innych rzeczy.

Osobiście muszę komuś bardzo ufać, żeby pozwolić mu zabrać zwierzaka za drzwi. Poznałam kilku lekarzy, którym oddaję całą moją ekipę, bez żadnych wątpliwości, ale jednocześnie wiem, że jeśli powiem, że wolę być z nimi nikt nie będzie protestował.

Ciekawa jestem jak to wygląda u lekarzy Waszych zwierząt? I czy zostali kiedyś dawcami krwi, albo korzystali z Psiego Banku Krwi? Podzielcie się w komentarzach, albo w wiadomości. 

14:58

Inaczej

Inaczej



Byłam duszą towarzystwa. Niespokojną.

Czekałam na piątkowy wieczór. Szykowałam się długimi godzinami. Z klubu wychodziłam nad ranem. Wracałam boso ze szpilkami w rękach. Śmiałam się w głos. Paliłam na parapecie i szkoda mi było zasnąć.

Myślałam, że to nigdy się nie skończy.

Lubiłam poznawać nowe osoby. Szczególnie te, które skrywały w sobie tajemnice. Głębokie zranienia, których na pierwszy rzut oka normalny człowiek nie jest w stanie zauważyć. Ja je widziałam. Drążyłam w skale. W historiach o których nikt dawno nie mówił, albo nikt nigdy nie słyszał. Rozmowy nocą mają inny wydźwięk. Ludzie po ciemku łatwiej przyznają się do tego o czym nie powiedzieliby w świetle dnia. Nieznajomi mówili "wydaje mi się jakbyśmy znali się od lat" i ja wypowiedziałam to zdanie kilka razy. Teraz noszę w sobie historie, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Wydarzenia, których nie przeżyłam, a jednak w pewien sposób mnie ukształtowały. Ich bohaterowie na zawsze zapisali się w moim sercu.

Od zawsze do tego aby czuć się dobrze potrzebowałam emocji. Cenię ludzi, który potrafią je we mnie wywołać. W najgorszym człowieku na świecie byłam w stanie wypatrzyć iskierkę dobra i mówić o niej tak długo, aż przyznano mi rację. Za to przeciętni ludzie mnie nie interesowali. Zawsze czułam się od nich lepsza, chociaż nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Nudzą mnie rozmowy o pracy i związkach. Nie wychodzę z koleżankami na kawę czy zakupy. Na studiach uwielbiałam łowy w second handzie i picie w parku z plastikowych butelek, ale już z tego wyrosłam. Mam czasem chwile, że może bym gdzieś wyszła, ale najczęściej mija mi zanim zastanowię się z kim. Nie umiem w przyjaźnie. Możesz do mnie zadzwonić w środku nocy i powiedzieć, że zgubiłaś psa albo babcię - przyjadę, pomogę szukać. Ale nie wysłucham, że wyszłaś za niewłaściwego faceta.

Rozumiem się tylko z tymi, którzy nie mają wobec mnie żadnych oczekiwań. Oni wiedzą, że mogą na mnie liczyć i nie potrzebują potwierdzać tego na cotygodniowych posiedzeniach na których obgaduje się nieobecnych, tylko dlatego, że się im zazdrości. Jest kilka osób, z którymi mogę nie mieć kontaktu przez trzy lata, a i tak kiedy się w końcu spotykamy rozmawia nam się tak jakbyśmy widzieli się wczoraj. Zapominam zapytać co słychać, przestaję odpisywać na wiadomości w połowie rozmowy. I oni wiedzą, że nie dlatego, że mnie to nie obchodzi, tylko dlatego, że taka już jestem.

Ludzie oczekują, że będziemy do nich chodzić i zapraszać ich do siebie. Będziemy wychodzić do restauracji, zamawiać pizzę, lokalne piwo i rozmawiać. Pytać co w pracy, jak życie. Problem w tym, że jestem słaba w rozmowach o niczym. Nie czuję się w nich dobrze, bo nie widzę w nich sensu. Kiedy ktoś ma do mnie przyjść chcę żeby mieszkanie błyszczało, a często brakuje czasu żeby je ogarnąć chociaż względnie. Miliard razy mówiłam sobie - wyluzuj, przychodzą z własnej woli do mieszkania pełnego zwierząt, muszą mieć świadomość, że czarne spodnie zakładają na własną odpowiedzialność. A jednak godziny spędzam na wyrolkowaniu kanapy. I tak na prawdę dobrze czuję się tylko z tymi dla których nie muszę tego robić. Mąż, pracujący na co dzień w domu, na imprezie dopiero się rozkręca, kiedy ja już mam ochotę wrócić do łóżka, zakopać się w koc i obejrzeć odcinek na Netflixie. I nawet kiedy mówię prawdę, że jestem już zmęczona i chcę wyjść, ktoś później go pyta, dlaczego ich nie lubię. A to nie tak. Mnie na prawdę męczą kilkugodzinne wyjścia ze znajomymi. Nie dlatego, że ich nie lubię. Dlatego, że na takie spotkanie wystarczy mi dwie godziny zamiast pięciu. Mam za sobą kilka lat intensywnych imprez, dzisiaj wolę się wyspać i nie walczyć rano z kacem.

Ustawiłam kiedyś w tle na facebooku zdjęcie kota maszerującego samotnie wzdłuż torów. Mój jeszcze wtedy nie-mąż napisał z pytaniem dlaczego mi smutno. Nie widziałam w tym obrazku nic smutnego. Widziałam za to przestrzeń i wolność. Szedł gdzie chciał i nikt mu nie przeszkadzał. Mam ten problem, że widzę wszystko inaczej niż inni ludzie. Nie wytłumaczysz niewidomemu jak wyglądają kolory i nie zrozumiesz, kiedy powie, że czuje ich ciepło pod palcami. Ja też nie umiem wytłumaczyć swojego postrzegania świata.

08:51

Nie chciałam się zabić, bardzo chciałam umrzeć #CISZAPODSERCEM

Nie chciałam się zabić, bardzo chciałam umrzeć #CISZAPODSERCEM

Niemal pół roku temu myślałam, że nie dożyję stycznia. A jak dożyję to na pewno nie przeżyję. Nie chciałam się zabić, po prostu bardzo chciałam umrzeć - chyba w ten sposób najlepiej mogę określić to co wtedy czułam. Snucie po domu, uczucie pustki, dotykanie brzucha ze świadomością, że już nikogo w nim nie ma. Czytanie forum. Te kobiety zwariowały. Wchodzą na forum co rok, żeby napisać ile lat skończyłoby ich dziecko. Bunt we mnie. Chęć wyrzucenia wszystkiego co o tym przypomina. Chęć zapomnienia. Ile musi minąć? Rok? Dwa? Pięć? Natłok myśli. To moja wina. Nie byłam wystarczająco dobra. Nie byłam w stanie ochronić tego dziecka. A powinnam. Jako jego matka. Powinnam była ochronić małe stworzenie, które nosiłam pod sercem. Przez kilka długich miesięcy nie potrafiłam zrozumieć dlaczego tego nie zrobiłam.

Nikt nie przygotowuje kobiet na poronienie. Nie tłumaczy, że ciąża nie zawsze kończy się pulchnym bobasem dostającym na start 10/10. Nikt nie mówi, że czasami tak się dzieje, że to nie jest nasza wina. Że natura jest mądrzejsza i wie, że dziecko nie miało szans na przeżycie. Nawet jeżeli bardzo je chciałaś. Nawet takie bez szans. Jakiekolwiek. Kochałabyś. Już kochałaś.

Nie przypominam sobie, żeby na lekcjach wychowania do życia w rodzinie ten temat był poruszony chociaż raz. Nie znalazłam też o tym żadnego artykułu w czasopismach czytanych w ciąży. Nawet na naukach przedmałżeńskich przy temacie planowania rodziny nie padło słowo o poronieniu. Ginekolog na moje "zrobiłam dwa testy, oba pozytywne" rzucił radośnie "gratulacje, jest pani w ciąży, testy się nie mylą!" Nikt mi nie powiedział "ale zaraz, zaraz, jeszcze się nie ciesz". Nie wiem czy byłoby mi lżej gdybym brała takie zakończenie pod uwagę. Wątpię, że więź łącząca mnie z dzieckiem byłaby słabsza. Ale gdybym była na to przygotowana, może nie spędziłabym kilku miesięcy w poczuciu winy. Nawet kiedy poznałam wyniki badań nie przestałam zastanawiać się "co by było gdyby".

Nikt też nie przygotowuje społeczeństwa do rozmów z rodzicami po stracie. Nikt nie przygotował osób, które spotykałam ja. Nikt mi nie powiedział, że może mnie nie obchodzić co czują inni, że teraz liczę się tylko ja, że mogę powiedzieć koleżance z pracy, twierdzącej, że powinnam się cieszyć, że poroniłam teraz a nie w zaawansowanej ciąży, żeby się pocałowała w dupę bo gówno wie. Nikt nie powiedział, że mam prawo wyć i nie myśleć przy tym, że postradałam zmysły, albo z pewnością w najbliższym czasie zwariuję i zamkną mnie w psychiatryku.

Aktualnie powinnam być w 39 tygodniu ze spakowaną torbą do szpitala i wyprawką dla dziecka. Za 2 tygodnie urodzić zdrową dziewczynkę, a kilka dni później we trójkę wrócić do domu. Jedynym moim problemem powinno być jak do jasnej cholery poradzimy sobie z niemowlęciem, dwoma kotami i psem w jednym mieszkaniu? Sierść wszędzie. W wózku, łóżeczku i na miseczkach. Wiecie, że już się nie martwię? W ciąży się martwiłam, że jak my ogarniemy? Jak ja ogarnę? Już się nie boję. Nie ma nic ważniejszego niż być razem.

Jest styczeń. Żyję.

Wszystko jest do przeżycia,
trzeba czasu i dużo wiary.

Nigdy nie zapomnę o mojej małej dziewczynce, ale już przestałam uporczywie chcieć być znów w ciąży. Nie przechodzę obok lustra i nie patrzę na brzuch. Już nie piję wina kiedy mąż wyjeżdża. I nie patrzę na dzieci na ulicach. Jeszcze tylko czasem, przychodzi mi do głowy myśl, że to niemożliwe. Że nie mogliśmy mieć takiego pecha. Że to jakiś koszmar z którego zaraz się obudzimy. Ale i to mija.

11:46

Podsumowanie 2017

Podsumowanie 2017




Czytając na innych blogach o cudownie przeżytym roku, sukcesach, nowych pracach, dzieciach i mieszkaniach miałam zrezygnować z własnego podsumowania i wrócić do bloga po Nowym Roku. Nigdy lepiej nie rozumiałam sensu życzeń "i żeby następny był lepszy", a dziś trzymam się ich jak ostatniej brzytwy. Choć właściwie nie wiem czy mogę określić mijający rok złym. To właśnie w tym roku wydarzyła się najgorsza rzecz w moim życiu. I właśnie to rzuca długi, smutny cień na wszystko inne. A przecież rok 2017 to też dobre chwile.

NASZ ŚLUB

Po dość burzliwym związku i jeszcze bardziej burzliwych przygotowaniach do ślubu zostaliśmy małżeństwem. Ten dzień był niewątpliwie najlepszym dniem w tym roku. A może nawet w całym życiu. 





BETTER TOGETHER

Z Madzią poznałyśmy się w mojej obecnej pracy. Wtedy robiłam też ślubne reportaże dla większej firmy, od początku jednak licząc na to, że kiedyś będę pracować na siebie. I chociaż jeszcze nie starczyło mi odwagi na porzucenie etatu w klinice to zrezygnowałam z robienia zdjęć dla kogoś i wspólnie z Magdą rozpoczęłyśmy przygodę ze ślubną fotografią. To właśnie ona, kiedy ja na chwilę przestałam widzieć sens dalszego życia, zakładała stronę, podsyłała mi do wyboru loga i pisała posty. Better Together stało się wtedy dla mnie namiastką normalności, nadzieją, że jeszcze przyjdą dobre dni. I przyszły. A nasze podróże na miejsca ślubów przejdą chyba do historii.

WARSZTATY PISARSKIE

Już raz zapisałam się na te warsztaty i byłam nawet na organizacyjnym spotkaniu. A później tryb pracy, życiowe perypetie czy może po prostu moje lenistwo, sprawiło, że nie poszłam na następne. W tym roku jest inaczej, mam większą motywację, z niecierpliwością czekam na kolejne spotkania w Domu Słów. Półtora roku temu zaczęłam pisać książkę, a w tym roku wreszcie do niej powróciłam.

SZKOLENIE

Długo żałowałam, że nie zmieniłam kierunku studiów, kiedy w moim mieście otworzyli behawiorystykę. Od dziecka interesował mnie ten temat i chętnie uczyłam komend psy w stowarzyszeniu. Szkolenie własnego psa, w dodatku takiego po przejściach, z nieznaną przeszłością jest olbrzymim wyzwaniem. Koleżanka poleciła nam behawiorystę, który zaczarował nam psa, zmienił nasze podejście i dał nadzieję, że można ją poskromić.

FIRMOWY BLOG

Pod koniec tego roku otwarta została nowa strona firmy w której pracuje, a do moich obowiązków doszła opieka nad blogiem i promowanie napisanych przeze mnie artykułów na facebooku, którego prowadzę już od roku. Mam okazję do rozwijania się pisarsko i pogłębiania wiedzy z zakresu mediów społecznościowych, z czego się niezmiernie cieszę. Doceniam też zaufanie jakim mnie obdarzono nie kontrolując wrzucanych przeze mnie treści.

~~~

Teraz kiedy zebrałam to wszystko w jednym miejscu widzę, że obiektywnie patrząc wydarzyło się więcej dobrych niż złych rzeczy. Oby 2018 był łaskawszym rokiem od początku do samego końca! Właśnie tego życzę i sobie i Wam! 

11:58

Nie porywaj matkom podlotów

Nie porywaj matkom podlotów


Kiedy jako nastolatka byłam na spacerze z psem ze stowarzyszenia znalazłam w parku, na ziemi małego nie potrafiącego latać ptaszka. Myśląc, że ratuję mu życie zabrałam go ze sobą do gabinetu. Usłyszałam wtedy, że najlepiej byłoby odnieść go na miejsce. Ale jak to? Małe, bezbronne pisklę? A koty? A psy? A co on będzie tam jadł? Zanim lekarz zdążył mi odpowiedzieć na te pytania, ptaszek padł. Może rzeczywiście był słaby. A może, co bardziej prawdopodobne, jego serduszko nie wytrzymało stresu na jaki naraziłam go biorąc na ręce.

Pracując w klinice niemal codziennie odbieram telefon z pytaniem co zrobić ze znalezionym ptakiem. Teraz wiem, że najlepsza odpowiedź to – zostawić go w spokoju. O ile oczywiście nie jest ranny. W wyniku ewolucji ptaki nauczyły się, że jeżeli młode opuszczą gniazdo więcej z nich przeżyje. Większość ptaków, które po wykluciu się są łyse, pozostaje w gnieździe aż osiągnie wiek tzw. podlota. Młode rozchodzą się wtedy w różne strony, a ptasi rodzice latając od jednego do drugiego opiekują się nimi, karmią je i porozumiewają się z nimi głosem.

Ludzie znajdując tak małe stworzonko, kierują się jak ja dawniej, chęcią pomocy. Nie mają jednak świadomości, że człowiek nie jest w stanie wychować ptaka tak jakby zrobili to jego rodzice. Samo wykarmienie zajmuje już mnóstwo czasu. Wykarmiliśmy ręcznie papugę z hodowli mojego czasu, więc wiem jak to wygląda. A z dzikim ptakiem jest zupełnie inaczej. Nawet jeżeli uda się go wykarmić, to w końcu trzeba będzie wypuścić go na wolność, na której prawdopodobnie sobie nie poradzi. Nie będzie na to przygotowany. Takie maluchy albo ze względów humanitarnych się usypia, albo wypuszcza na wolność, a bez rodziców obok ich szansa na przeżycie drastycznie spada. Jeżeli nawet ktoś podejmie próbę wykarmienia to nie zawsze się to udaje. Ptaki są zwierzętami trudnymi do diagnozowania i leczenia. Wymagają lekarzy, którzy specjalizują się w ich leczeniu. Nie łudźmy się więc, że lekarz będzie na przykład składał połamane skrzydło gołębia, najczęściej skróci tylko jego cierpienie.

To co możemy zrobić widząc podlota to rozejrzeć się czy miejsce w którym się znajduje jest bezpieczne, jeżeli nie - możemy go przenieść odrobinę dalej. Jeśli takie pisklę znajduje się w naszym ogrodzie, a mamy kota, który wychodzi możemy go przetrzymać w domu do czasu aż pisklę dorośnie. Nigdy nie zabierajmy ZDROWEGO podlota! Dla uspokojenia sumienia i upewnienia się, że podlot jest na pewno bezpieczny możemy poobserwować go z daleka. Jeśli rodzice są w pobliżu z pewnością zobaczymy jak przylatują go karmić. Porzucony podlot będzie nieustannie nawoływał rodziców, jeżeli przez dłuższy czas żadne z nich się wtedy nie pojawi to powód aby się zaniepokoić. Zdrowy, karmiony przez rodziców podlot będzie siedział cicho nawołując ich tylko od czasu do czasu.


Wiele osób nie ma świadomości, że zabierając podlota z jego naturalnego środowiska skazuje go na pewną śmierć. Udostępnij artykuł, aby uświadomić znajomych!


Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger