Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSYCHOLOGIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSYCHOLOGIA. Pokaż wszystkie posty

10:03

Dziękuję, że mnie nie chciałeś

Dziękuję, że mnie nie chciałeś



Nie wiem czy tutaj zaglądasz. Minęło sporo czasu odkąd nie mamy siebie w znajomych. Nawet nie wiem czy zauważyłeś, kiedy zniknęłam z Twojej listy. Było to dla mnie zbyt trudne, widzieć Twoje posty, nie mając z Tobą kontaktu. Dawniej każdy dzień zaczynałam wiadomością od Ciebie.

Piszę, bo chcę Ci podziękować, za to, że mnie nie chciałeś. Mimo, że wtedy wydawało mi się, że nie przestanę płakać z tego powodu, a koleżanki miały już dość słuchania o Tobie. Wiem, że wyjechałeś, napisałeś mi to, kiedy jeszcze wymienialiśmy się zdawkowo informacjami o życiu. Mam nadzieję, że odnalazłeś swoje szczęście i zapomniałeś o tamtej dziewczynie. Nie pamiętam ile już dokładnie nie mieliśmy ze sobą kontaktu, wydaje mi się, że całkiem niedługo, ale minęło już kilka lat. Skasowałam nasze rozmowy, kiedy nie mogłam przestać do nich wracać. Sam wiesz, pewne rzeczy trzeba przyśpieszyć.

Byłeś typem chłopaka, od których ojcowie każą trzymać się daleko. Miałeś w oczach błysk i niewypowiedzianą krzywdę. Bardzo chciałam Ci pomóc. Długo myślałam, że spotkaliśmy się właśnie z tego powodu i postawiłam go sobie za życiową misję. Nie rozumiałam, kiedy mówiłeś, że nie chcesz mnie wciągać w swoje problemy. Byłam pewna, że się ze mną droczysz. Dziś dziękuję Ci za to. Nie dlatego, że nie zasługiwałeś na pomoc, ale dlatego, że nie byłam kimś kto mógł mieć dobry wpływ na Twoje życie. Mogliśmy pić piwo nad rzeką, słuchać rapu i chodzić za rękę po mieście przez całą noc, rozmawiając na każdy temat. Ale nie mogliśmy stworzyć zdrowej relacji. Wtedy tego nie wiedziałam. Dziś, jestem pewna, pilibyśmy razem już nie tylko w weekendy.

Kiedy już Ciebie nie było, spędzałam całe dnie w łóżku. Wtedy wydawało mi się, że jestem leniwa. Z resztą wszyscy wokół mnie w tym utwierdzali. Dziś wiem, że to były początki depresji. Zawsze byłam dobra w ucieczki. To była moja ucieczka od życia. Przesypiałam je. Najgorsze było to, że nie umiałam sobie pomóc. Oglądałam kryminały, thrillery i dramaty, puszczałam przygnębiające piosenki, wynajdowałam na forach historie o ludzkich tragediach. Szukałam pocieszenia w osobach, które przypominały Ciebie. Dużo imprezowałam, pijąc olbrzymie ilości alkoholu. Śmiałam się tańcząc, a w nocy zagryzałam zęby na nadgarstkach. Dużo myślałam o śmierci. Nie chciałam się zabić, ale chyba chciałam umrzeć i bałam się śmierci jednocześnie. Myślałam, że ta śmierć jest już całkiem blisko. Miałam 21 lat. Gdybyś to czytał, w tym momencie byś się zaśmiał, chociaż wiem, że miałeś jak ja. O to chodziło - czułam, że jedyną osobą, która jest w stanie mnie zrozumieć jesteś Ty. Może dlatego nie powiedziałam nikomu o tym co dzieje się w mojej głowie.

Miałam Ci za złe, że nie było Cię przy mnie, kiedy nie radziłam sobie z życiem. Kiedy nie było przy mnie nikogo, kto zamiast "weź się w garść" powiedziałby, że też tam miał i że z tym da się żyć. Miałam Ci za złe, że odszedłeś, kiedy paradoksalnie było najlepiej. A jednak teraz Ci za to dziękuję. Dziękuję Ci za to, że Ciebie tu nie ma. Że mimo mojego obsesyjnego uczucia do Ciebie, potrafiłeś uciąć tą znajomość. Że mnie nie skrzywdziłeś, bo wszystko przez co cierpiałam zrobiłam sobie sama.

Jak Ci jest za granicą? Mówiłeś, że nic Cię tu nie trzymało, ale wydaje mi się, że nie ma miejsca jak dom i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Jeśli kiedyś zajrzałeś na mój profil, wiesz, że wyszłam za mąż. Za mężczyznę zupełnie innego od Ciebie. Mamy dwa koty i psa, ale to z pewnością Cię nie dziwi. Może zapytałbyś tak jak inni, kiedy kolej na dwunożne. Przeszłam przez wachlarz reakcji w odpowiedzi na podobne pytania. Byłam w ciąży. Dwa razy. Chociaż kiedy o tym teraz piszę wydaje mi się to już abstrakcją. Jeszcze tego nie przepracowałam i obawiam się, że to ten rodzaj bólu, który trzeba przenieść przez całe życie. I to chyba nieprawda, że dziecko ten ból wynagradza. Może kiedyś się dowiem. Ale Ty pamiętasz mnie z czasów, kiedy mówiłam, że nie chcę mieć dzieci. Dziś wiem, że bałam się, że będę złą matką. Nie wierzyłam w siebie.

Nadal nie wierzę, ale co przynajmniej zamiast przyczepić się o coś, codziennie staram się powiedzieć coś miłego tej dziewczynie z lustra. Nawet wtedy, kiedy cały dzień chodzi w dresie. I wydaje mi się, że lubię ją bardziej. Lubię ją w ogóle. A już na pewno lepiej o nią dbam. Zaczęłam nawet gotować.

Wiesz, też rozdawałam złudną nadzieję. Też odchodziłam od ludzi. Też złamałam komuś serce, tak, że przez kilka lat nie mógł o mnie zapomnieć. Tak, że przyjeżdżał pod mój dom i bałam się wychodzić z psem. Wtedy było mi to obojętne. Dziś mi przykro, że zmarnowałam komuś tyle lat. Że zrobiłam sobie z kogoś opcję awaryjną. Chociaż pewnie teraz w liście do mnie, dziękowałby, że go nie chciałam.

11:54

Co Cię nie zabije, to Cię nie zabije #CISZAPODSERCEM

Co Cię nie zabije, to Cię nie zabije #CISZAPODSERCEM




          
 
          Co Cię nie zabije to Cię wzmocni? Kto tak powiedział? Co mnie nie zabija to rozkłada na części, ale z pewnością nie wzmacnia. Kiedy ktoś mi mówi, że cierpienie uszlachetnia we mnie budzi się sprzeciw. Każdy z nas ma swoje ochronne warstwy, które z biegiem czasu są z nas zdzierane. Czasem mam wrażenie, że świat dociera już do rdzenia moich uczuć, a potem okazuje się, że jestem w stanie znieść jeszcze więcej i jeszcze więcej. I znoszę. Ale z bólem nadal oswajam się powoli. Najgorsze lato w moim życiu dobiega końca. Wychodzę z niego poobijana i pozdzierana. Jak nigdy czekam na jesień. Mam w sobie wiarę, że wraz z nią przyjdzie ukojenie.



          Chociaż nie zdarza mi się to już często nie jestem w stanie przewidzieć kiedy znowu pęknę. Wiecie co jest w stanie pozbierać mnie z podłogi, kiedy wyję za dzieckiem wbijając paznokcie w ramiona? Kiedy wydaje mi się, że ten ból się nigdy nie skończy? Myśl, że w tym czasie ktoś zabija całkiem ZDROWE dziecko. Takie mogące żyć i cieszyć się tym życiem. Myśl o wczesnoporonnych tabletkach zamawianych przez internet, branych w domu, nielegalnie. Myśl o tabletkach "po". Myśl o tym, że ludzie idą do łóżka dla przyjemności, a potem pozbywają się PROBLEMU dla wygodnego życia. Myśl, że to dzieje się całkiem blisko. Ta myśl mnie paraliżuje. Sprawia, że czuję się bezsilna. Moja rozpacz nad moim jednym dzieckiem, które nie miało szans na przeżycie wydaje mi się wtedy tylko kroplą w morzu tragedii rozgrywającej się każdego dnia. Jak mam Ci pomóc ocalić dziecko? Mogę tylko spróbować. Jeżeli kiedykolwiek staniesz przed taką decyzją. Jeżeli Twój facet każe wybierać Ci między sobą a dzieckiem. Jeżeli ktoś z bliskich będzie w takiej sytuacji. Pomyśl o tym, czym teraz się z Tobą dzielę.



          Wiesz co zrobiłam, kiedy zobaczyłam Nelę? Byłam sama, w nocy, w szpitalnej łazience. W wielkim szoku, ale doskonale pamiętam to co wtedy zrobiłam. Policzyłam jej paluszki. Może trzy razy, może pięć. Liczyłam w kółko. Miała pięć paluszków w swojej maleńkiej dłoni. Byłam w 12 tygodniu ciąży, ale jej rozwój zatrzymał się w 8-9 tygodniu. 8 tygodniowy płód miał buzię, brzuszek, rączki, nóżki i pięć paluszków w każdej dłoni. A teraz jeszcze raz mi powtórz, że to nie było dziecko. Ostatnio usłyszałam, że ktoś zrobił badania prenatalne, bo w razie gdyby wyszło coś nie tak to po co mu taki KŁOPOT. Kłopot? Czułam jakby mnie ktoś strzelił w twarz.



          A czy jesteście świadomi, że badania prenatalne opierają się na statystykach? Nawet jeśli dostaniecie kilkadziesiąt procent szansy na urodzenie chorego dziecka, ono może być zdrowe. W Islandii 100% kobiet decyduje się na usunięcie dziecka, po przeprowadzeniu badań prenatalnych dających 85% dokładności, że dziecko ma Zespół Downa. Bo w tym kraju to norma. "Pozbyliśmy się zespołu Downa ze społeczeństwa" - to słowa Kariego Steffansona, genetyka. Nikt się nie zastanawia, czy robi dobrze, bo tak robią wszyscy. Czy Polaków też to czeka?



          Lekarz dwa razy dopytywał czy na pewno nie zdecyduję się na badania prenatalne. "Czy te badania będą mogły pomóc dziecku?" - zapytałam w końcu. "Dziecku nie." - usłyszałam w odpowiedzi. Skoro lekarz, osoba kompetentna, wzbudzająca zaufanie (Na początku przygody z lekarzami, bo po jakimś czasie przekonujecie się sami, że nikomu się nie powinno ufać.) daje mi jasno do zrozumienia, że jeśli coś wyjdzie nie tak to wyskrobiemy i po temacie, to dlaczego mam myśleć, że to jest złe? Jeżeli nie mam moralnego kręgosłupa, wpajanego od dziecka, dlaczego mam nie posłuchać lekarza? Który przecież po to tam siedzi, żeby mnie chronić. Mnie i DZIECKO!!! Dla mnie było jasne, że choćby było śmiertelnie chore to ja je urodzę. Ale ja wierzyłam. Wierzyłam, że dziecku nic nie jest. Tego dnia, gdy dowiedziałam się, że noszę martwe dziecko, mieliśmy kupić wózek. Czekaliśmy tylko żeby dowiedzieć się, czy nie potrzebujemy większej bryki, bo może to bliźniaki! Myślałam, że miłość wystarczy. Że dziecko trzeba tylko chcieć i kochać. Więc chciałam i kochałam. Ale nasza miłość nie wystarczyła. Tak samo jak Twoje niechcenie nie wystarczy, żeby go nie mieć. A idąc z kimś do łóżka świadomie bierzesz na siebie odpowiedzialność za człowieka, którego możecie stworzyć. Nie ważne czy chcianego, czy nie. Czy chorego, czy nie. On ma prawo do życia.



          Tabletki, które dostałam na wywołanie poronienia (bo mój organizm nie ogarniał jeszcze długo, że dziecko nie żyje), to te same, które bierze się w przypadku planowanej aborcji. Czułam pustkę. Czułam się tak, jakby ktoś wydarł część mnie. Nadal to czuję. Już nie zawsze, ale nadal mi się zdarza. Wstając rano. Idąc do sklepu. Jadąc autobusem. Noszę tę pustkę. Jak to jest czuć po nich ulgę?! Nie mów mi jeżeli zabijesz swoje dziecko, ale jeżeli jeszcze możemy mu pomóc napisz. Powiem Ci gdzie je oddać, co zrobić i pomogę wszystko ogarnąć. Ty tylko pozwól mu żyć. Na chwilę zapomnij o sobie.



          My za często myślimy o sobie. Czekając na badania genetyczne, miałam przeczucie, że to właśnie Zespół Downa był przyczyną obumarcia ciąży. I wiecie co? Na początku się bałam, że jeżeli to właśnie ta wada to już nigdy nie zdecyduję się na dziecko. Głupia ja. Człowiek się boi nieznanego. Niewygodnego. Takiego co to nie pasuje do obecnie panujących norm. Ale kto powiedział, że nasze normy są dobre?!



          Wada Neli była zupełnie inna, przypadkowa i nie dziedziczna. Z taką wadą rodzi się 1-2% dzieci, które przeżywają do maksymalnie 5 miesiąca. Gdyby to był Zespół Downa to byłoby większe prawdopodobieństwo, że byłaby z nami. Dlatego nie mów mi, że dobrze, że się tak stało. Dobrze, że nie urodziłam chorego. Bo nawet nie wiesz ile oddałabym żeby nasza dziewczynka nadal rozwijała się w moim brzuchu. Właśnie teraz zaczynałabym ją czuć.


17:06

Latawiec

Latawiec


Minęły dwa tygodnie. Pierwszych dni prawie nie pamiętam. Widać tak poradziła sobie moja psychika, ale skoro kiedyś potrafiła wyprzeć z głowy kilka lat nieudanego związku, nic dziwnego, że poradziła sobie z tygodniem spędzonym w szpitalu. Problem w tym, że zaczyna wypierać cały okres ciąży. Z trudem łapię urywki wspomnień. Może kiedyś do mnie wrócą. Taką mam nadzieję. Teraz jest trudniej. Do głowy przychodzą przeróżne myśli, od tego czy to przez złe odżywianie, po te, że może byłabym złą matką. Wiem, że to niedorzeczne, wiem, że statystycznie to nawet nie była tragedia, tylko norma. Ale wydaje mi się zupełnie normalne, że mimo, że każdego dnia uczę się nie pytać "dlaczego" to pytanie wciąż do mnie powraca. Nie wiem czy byłabym dobrą matką. Jedno jest pewne - dla następnego dziecka będę lepsza niż byłabym teraz.

Wczoraj byliśmy na przedmałżeńskich naukach i nie mogłam się oprzeć myśli, że przecież mieliśmy tam być WE TROJE. To był taki przełomowy dzień. Koleżanka, która nie wiedziała zapytała jak się czuję i pierwszy raz nie wiedziałam co odpowiedzieć, żeby nie zacząć płakać, chociaż wcześniej, kiedy sąsiadka zapytała mnie głaskając po brzuchu czy rośniemy, potrafiłam z uśmiechem powiedzieć, że niestety brzuszek jest pusty. Zaczęłam widzieć te wszystkie dzieci. Pyzate łapki wystające z gondoli. Różowe kocyki. Lalki - bo już wiem, że mielibyśmy córeczkę. Wracając ze spaceru, minęliśmy z Łukaszem chłopca z tatą, lub dziadkiem, puszczających, a raczej próbujących, puścić latawiec. Kolorowy motyl na sznurku i mały blondynek w błękitnej koszulce - my też mogliśmy za kilka lat wychodzić na spacery z Nelą, puszczać latawce, śmiać się i cieszyć z siebie. Maluch skakał do latawca, nie mogąc się doczekać aż ten zacznie szybować, może chciał pomóc w rozplątywaniu sznurka. Ten miły obrazek popsuły słowa opiekuna: "Co robisz durniu? Zostaw. Przestań." W końcu całkowita rezygnacja i prychnięcie "A idź Ty". Dziecko nie wyglądało jakby coś sobie z tych słów robiło, nadal skakało i wydawało z siebie dziwne odgłosy. "On jeszcze nie mówi?" - zapytał mnie Łukasz. W sumie już chyba powinien, wyglądał na zdrowego czterolatka.

Pomyślałam, że ja bym była najcierpliwsza na świecie, gdyby tylko Nela była z nami. Odpowiadałabym codziennie na tysiące pytań. Tłumaczyłabym dlaczego niebo jest niebieskie, dlaczego kwitną kwiatki, dlaczego cokolwiek. Zrobiłabym wszystko. Byle tylko tu była, rosła nadal. Ale tak na prawdę to nie mogę wiedzieć jaka bym była. Wiem jaką byłam dziewczyną, narzeczoną, koleżanką, córką i wnuczką. I wiem, że nie byłam najlepsza, a już z pewnością nie najcierpliwsza. Ten świat pędzi. Patrząc na piękne instagramowe zdjęcia znajomych rośnie w nas frustracja, że my nie potrafimy się zorganizować, ugotować obiadu, posprzątać mieszkania, poukładać w szafie (chociaż myślimy o tym codziennie), a co dopiero poukładać to wszystko i przez cały dzień wszystkiemu robić zdjęcia. Denerwuje nas praca. Wymagający coraz więcej szef. Niskie zarobki. Ile razy pomyślałeś ledwo otwierając oczy, a potem jeszcze raz, kiedy myłeś zęby, że jak tylko wrócisz to się położysz do łóżka? Przespałam kilka lat. Bo mi się nie chciało. Ale nie chciało mi się, nie tylko z lenistwa. Nie chciało mi się, bo nie widziałam sensu w swoim życiu.

Byłam też, chociaż nigdy nikt tego nie stwierdził, uzależniona od internetu. Od internetowych znajomości. Od czatów i portalów społecznościowych. W pewnym momencie, kiedy kogoś poznawałam wystarczyło, że cokolwiek mi w tej osobie nie pasowało i zrywałam kontakt - bo przecież na świecie jest tysiące ludzi, poznam sobie kogoś fajniejszego. Jedyne czym można było sobie zasłużyć na moją uwagę to niedostępność. Teraz wiem, że podświadomie chroniłam samą siebie. Tak było bezpieczniej. Cierpiałam, ale sama sobie ten ból dawkowałam, od nikogo nie był uzależniony. Zawsze mi się wydawało, że jestem typem samotnika, introwertyka, że swoje baterie ładuję w domu, a ludzie mnie męczą. Problem w tym, że nie ładowałam ich nigdzie, bo w głębi duszy na prawdę bardzo potrzebowałam towarzystwa, ale chyba nie miałam do ludzi cierpliwości. Serca nie miałam do ludzi.

Nie potrafiłam się cieszyć obecną chwilą. Zawsze wyprzedzałam ją myślami, albo wracałam do wspomnień. Siedząc z dziadkami, nie potrafiłam skupić się na rozmowie, myślałam, że są już w sile wieku i chyba trzeba ich częściej odwiedzać. Myślałam tak od kilku lat i nadal cieszą się zdrowiem, więc widzicie jakie to jest bezzasadne. Pamiętam, jak siedzieliśmy w salonie, a ja nie mogłam się doczekać aż wrócę do siebie na górę. Do internetu. Do tych rozmów o wszystkim i o niczym.



Kiedy straciłam ciążę świat nie zatrzymał się nawet na moment, ale ja stanęłam w miejscu. Na mszy widziałam czekającego na tatę chłopca, dłonie, które się złapały, zupełnie tak jakbym miała zrobić im zdjęcie. Widziałam przestraszoną, przechodzącym księdzem dziewczynkę, mocno wtulającą się w mamę, jej maleńkie rączki. Widziałam dziewczynkę, otulającą z troską śpiącą siostrę kocykiem. Nie wiem czy, gdybym nie przeżyła tego co przeżyłam, potrafiłabym to dostrzec.

Wiem, że teraz mimo, że z pękniętym sercem, cieszę się każdą chwilą. Potrafię docenić więcej. Wychodzę z Łukaszem na spacery. Pytam czy wyjdziemy ze znajomymi. Wreszcie WYSZŁAM do ludzi. A kiedy z nimi jestem to nie tylko po to żeby na chwilę zapomnieć o wszystkim co w tym życiu irytuje, ale żeby na prawdę z nimi BYĆ. Podczas, gdy byłam w szpitalu, odebrałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którym powiedziałam co nas spotkało. Od wielu znajomych i nieznajomych otrzymałam niesamowite wsparcie, zarówno w modlitwie jak w słowach pocieszenia. I pierwszy raz na prawdę chciałam tych słów, a może byłam w stanie się przyznać przed samą sobą, że ich potrzebuję.

Wiadomo, po tylu latach utartych schematów to wszystko nie jest takie proste. Ale teraz nie marudzę kiedy Łukasz chce herbatę, idę ją zrobić i cieszę się, że mam komu. Kiedy wychodzi z psem, pytam czy pójść z nimi. Kiedy ja wychodzę, pytam czy może iść ze mną. Znów czytam książki przy nim, kiedy pracuje, zamiast iść do drugiego pokoju. Znów mówi, że mnie kocha, bo teraz się mnie da kochać. Bo ja się daję kochać. Nadal zdarza mi się krzyczeć, ale przepraszam, kiedy tylko widzę jego zawiedziony wzrok i to już nie jest takie przepraszam z dupy, jak kiedyś, tylko teraz na prawdę mi głupio.

Dałabym wszystko żeby zawrócić czas i móc nadal mieć Nelkę pod sercem, w grudniu nie mieścić się za wigilijnym stołem, a w styczniu wrócić z nią ze szpitala. Ale gdybym cofnęła czas i wiedziałabym, że historia znów się powtórzy, nie zmieniłabym nic. To była dla mnie najważniejsza lekcja w życiu i chociaż teraz boli, jestem wdzięczna, że było mi dane ją przejść. Bo Nela jest. Teraz mam nadzieję ze swoimi pradziadkami, a kiedyś, wierzę, wszyscy się z nią spotkamy.

Dostałam dziś od znajomej maila z wierszem księdza Twardowskiego:

Nie płacz w liście,

nie pisz, że los Ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij, popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia podobne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij, że jesteś, kiedy mówisz, że kochasz.

Ja już chyba wiem co jest za tym oknem. Za tym oknem jest świat. Moja cierpliwość, kiedy tak na prawdę trafia mnie szlag. Moje "nie chce mi się", ale widzę, że Ci zależy, więc zrobię. Moje wszystko czego nie mogę dać dziecku, którego tak pragnęłam, a co mogłabym pominąć gdyby się urodziło.

Jeżeli też przeraża Cię ten ciągły pęd, jeśli też tak jak ja kiedyś nie lubisz ludzi, jeżeli pielęgnujesz swoją samotnię, ciągle jesteś zdenerwowany i najchętniej nie wychodziłbyś z łóżka, zatrzymaj się na chwilę, rozejrzyj dookoła i pomysl, że może tak na prawdę nie chcesz być sam, chciałbyś wyjść, coś zrobić, tylko boisz się żyć. Uświadomienie sobie tego to już pierwszy krok do otwarcia się na świat. Życzę Ci, żebyś nie potrzebował żadnej tragedii do tego olśnienia.

06:17

Cisza pod sercem

Cisza pod sercem
Wiedziałam, że są w życiu takie rzeczy i słowa, po których następnego dnia nic już nie jest takie jak wczoraj. Twoje podejście do życia, Twoje marzenia, Twoje myśli.

Wiedziałam też, że nieszczęścia się zdarzają. Myślałam tylko, że nie w mojej rodzinie. Nie moim bliskim. A przede wszystkim nie mi. Tak jak każda dziewczyna miałam na koncie kilka smutnych historii. Kogoś chciałam. Ktoś mnie nie chciał. Ktoś się źle zachował. Ale ból złamanego serca, albo urażonej dumy z upływem czasu mijał. A ból, który towarzyszy mi teraz jest tym bólem który trzeba oswoić, nauczyć się z nim żyć, żeby nie zwariować, a z biegiem czasu przekuć w coś dobrego. Chociaż teraz to się wydaje niewykonalne.

Od dwóch lat miałam wszystko. Kochającego mężczyznę. Poczucie bezpieczeństwa. Marzenia o domku, ogrodzie i dziecku. Wiele z Was wie o mojej ciąży z bloga albo instagrama, dlatego postanowiłam napisać tutaj co nas spotkało. Dziś nasz Okruszek jest już w niebie. Mi pozostała niezrozumiała tęsknota za tym czego nie było nam razem dane doświadczyć, ale też sama stałam się zupełnie inną osobą.

Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście niemal skakałam z radości. Udało nam się za pierwszym razem, a ja tak bardzo pragnęłam dziecka. Kiedy teraz o tym myślę, zastanawiam się co by było gdybym pomyślała wcześniej. Gdybym zrobiła badania przed planowaniem ciąży. Czy to by coś dało? Czy by pomogło? Przede wszystkim zastanawiałam się czy żałuję, że zaczęłam prowadzić kalendarzyk, że zaczęłam oczekiwać tego dziecka, że może w innym dniu wszystko byłoby inaczej, a teraz pisałabym o nowym wózku. Teraz wiem, że nie żałuję. Gdyby nie ta ciąża nie poznałabym naszego Aniołka. A przecież on jest. Od samego początku był przez nas kochany, wyczekiwany przez dziadków, ciocie i znajomych.

Nie żałuję też, że podzieliłam się tą radosną nowiną ze wszystkimi. Nie potrafiłabym udawać, że nigdy nie byłam w ciąży, że nie było takiego dziecka, że nic się nie stało. I chociaż teraz nie ma go już z nami, a przyjmowanie gratulacji i tłumaczenie każdemu co się stało jest trudne, nie żałuję. "Gromadźcie sobie skarby w niebie." - usłyszałam wczoraj na mszy zdanie z Pisma Świętego. Zdanie, które towarzyszyło mi cały poprzedni tydzień. Nasz Skarb jest w niebie i czeka tam na nas.

W tym wszystkim najgorsza była niewiedza. Kiedy w pracowni USG mój świat runął w gruzach lekarz, jeszcze mnie badając, odebrał telefon gratulując komuś tygodnia ciąży, którego ja nawet nie doczekałam. "Mamy problem" - usłyszałam, zaraz po tym jak sama miałam złe przeczucie patrząc na czarny ekran i maleństwo, którego nie podświetlał żaden kolor. I że to się zdarza, że to jest selekcja naturalna, że następnym razem się uda. Całą resztę musiałam poukładać sobie w głowie sama.

Pamiętam jak siedziałam na tym łóżku i patrzyłam na Łukasza po drugiej stronie sali. I jeszcze miałam nadzieję. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że zanim podejdę do niego i zanim mnie przytuli, ktoś powie, że zepsuł się aparat do USG, że to obraz poprzedniej pacjentki, albo w ogóle jakieś niewiadomoco. Ale nie. Wstałam i rozpłakałam się na dobre w jego ramionach. 

Dostałam skierowanie do szpitala. "Prawdopodobnie farmakologicznie. Można czekać w domu, ale niewiadomo jak psychicznie to Pani zniesie. Lepiej w szpitalu." Nikt mi nie powidział jak będzie to wyglądać. Bardzo chciałam zabieg. Nie rozumiałam dlaczego mam znosić to sama. Jakie tabletki? Świat mi się kończy, a my na co czekamy? Płakałam całą noc i jeszcze trzy godziny na izbie przyjęć rano. Byliśmy z Łukaszem i moimi rodzicami pierwsi, jeszcze przed 8:00, ale czekaliśmy w kolejce, kiedy do pokoju przyjęć po kolei wchodziły kobiety w ciąży. Pomyślałam, że przecież straciłam przywilej pierwszeństwa... Z gabinetu KTG dobiegało bicie serduszka. Chciałam wrócić do łóżka i wyć dalej, a musiałam patrzeć na kobiety z brzuszkami. Dlaczego dla kobiet, które straciły dzieci nie ma oddzielnych miejsc?! "Pani się denerwuje?" - usłyszałam, kiedy pielęgniarka badała mi tętno. Na drzwiach kartka informująca o tym, że z powodu panujących wizyt nie ma możliwości odwiedzin. Ekstra. Żegnałam się z nimi, myśląc, że następne kilka dni spędzę sama. Okazało się, że mogą iść ze mną wszyscy.

W szpitalu położne wzięły mnie pod ręce i powiedziały, że dostanę łóżko, ale muszę poczekać aż się zwolni. Póki co dostałam leżankę na korytarzu. Mama poprosiła o rozmowę z psycholog, bo szpital ma taką możliwość. Ale nie było nikogo na moim oddziale, więc wezwali kogoś z góry, z położniczego. Psycholog chyba nie bardzo wiedziała co ma mi powiedzieć, mówiła o przyszłości i o tym, że czasem tak jest, że organizm czuje, kiedy matka nie jest gotowa na dziecko. To tak jakby odeszło, bo niewystarczająco mocno je chciałam? Opowiadała też jak tłumaczy matkom, które urodziły, że to są ich dzieci. Bo one są w szoku, bo nie mogą uwierzyć, bo przecież przed chwilą były w brzuchu, bo czasem ich nie chcą. Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby przyniosła mi takie dziecko, bo ja na pewno byłabym w stanie je chcieć. Ale chociaż czas minął mi szybciej, a zaraz później zostałam wezwana na badanie USG, któro miało potwierdzić diagnozę. I potwierdziło. Chociaż jeszcze przez chwilę wierzyłam, że może nie.

Mimo, że opieka była na prawdę wspaniała dalej nikt mi nie powiedział na co ja mam się szykować. Jedni mówili, że będzie tak, inni, że inaczej. Wbrew wszystkiemu nie było najgorzej. Dostałam łóżko w dwuosobowej sali, z panią w podobnej do mojej sytuacji. Gdyby tylko ktoś wcześniej mi powiedział, że jak to będzie stresowałabym się mniej. Łukasz cały czas mógł być przy mnie. W najgorszych momentach trzymał mnie za rękę. Poprosił pielęgniarki o coś przeciwbólowego. "To jeszcze nie jest ból" - powiedziała jedna z nich, a on mi to powtórzył! Ale po kroplówce było dużo lepiej i na prawdę nie bolało. Nikt nie robił problemów z odwiedzinami. Łukasz przychodził rano, w nocy sama wyganiałam go, żeby się wyspał w domu.

W tamtych momentach pragnęłam tylko, żeby maleństwo było z szacunkiem pochowane. Tylko tak je mogłam teraz ocalić. Chyba to dało mi siłę na przetrwanie, bo zadziwiłam i bliskich i nawet samą siebie, znosząc to wszystko tak dzielnie. Nie każda kobieta w takiej sytuacji wie, że istnieje możliwość pochowania Aniołka, bez względu na czas trwania ciąży. Każdy szpital ma obowiązek zapewnić kobiecie taką możliwość, ale nie każdy o tym informuje. My akurat i wiedzieliśmy i lekarz od razu nas o tym poinformował. Chociaż uważam, że powinnam dostać tę informację zaraz po pierwszym badaniu USG, wraz ze skierowaniem do szpitala.

Teraz jestem już w domu. Uczę się żyć na nowo. Z pustym brzuszkiem. Tysiące myśli codziennie przebiega mi przez głowę, najwięcej wieczorem, tuż przed snem. Ale przecież jeszcze będzie dobrze.

Mam nadzieję, że żadna z Was nie znajdzie się w takiej sytuacji, ale gdyby ktoś z Was jej jednak potrzebował to jestem i pomogę na tyle ile będę mogła, udzielając informacji lub chociaż wspierając.


08:50

Poświęć się dla spełnienia marzeń

Poświęć się dla spełnienia marzeń

Uczymy się przez całe życie. Każda praca, nawet ta Twoim zdaniem nic nie znacząca, niesie ze sobą ogromne wartości. To co dziś nazywasz poświęceniem, jest Twoim wkładem w przyszłość o jakiej marzysz.


Pierwsze w życiu pieniądze, zarobiłam zrywając maliny w sadzie ojca koleżanki. Zarobki były prawie żadne, ale dzień w dzień wstawałam o 6, bo było miło. Rozmawiałyśmy, śpiewałyśmy i robiłyśmy kanapki w przerwie. Oprócz pięknej opalenizny, która utrzymywała się przez kilka miesięcy, wyniosłam z tego doświadczenia świadomość, że tak pracować nie chcę.

Nigdy jakoś szczególnie za nimi nie przepadałam, do tej pory nie wiem co kierowało mną, gdy szukając pracy założyłam konto na portalu dla niań. Po jakimś czasie okazało się, że w mojej miejscowości pewna rodzina, opiekunki potrzebuje dorywczo. Dwa dni w tygodniu odpowiadało mi idealnie. Trójka dzieci. Trójka chłopców. Pierwszą rozmowę pamiętam do dziś. Kiedy zaraz po niej pod domem wysiadłam z samochodu Mama pomyślała, że wydarzyło się jakieś nieszczęście. Taką miałam minę. "Nie dam rady. Trójka dzieci i ogromne oczko wodne. Przecież one mi się potopią." Gdy zadzwoniłam do mamy dzieciaków bardzo jej zależało abym to właśnie ja jej pomogła. Później dowiedziałam się, że zaimponowałam jej odpowiedzialnością, gdy odmówiłam podjęcia się tej pracy, z obawy, że coś się stanie dzieciom.

Wytrzymałam prawie dwa lata, podobno i tak najdłużej! To nie była lekka praca. Miałam zajmować się tylko najmłodszym dzieckiem, a pod moją opieką na kilka godzin zostawało też jego rodzeństwo. Ich mama często była w domu i pomagała mi ich ogarnąć, ale nie mogliśmy jej przeszkadzać kiedy pracowała w biurze. Spróbujcie wytłumaczyć dwulatkowi, że nie może pójść do mamy, kiedy doskonale wie, że mama w domu jest. Dwoiłam się i troiłam, wymyślałam przeróżne historie, zamieniałam się w smoka, przebierałam za rycerza, udawałam odgłosy resoraków, prowadząc je po podłodze i przemierzając hol na czworakach.

Co z tego wyniosłam? Cierpliwość, bo trzeba ją zachować kiedy obce dziecko pluje Ci w twarz zupką, a nie możesz liczyć na zwrócenie uwagi przez rodziców, bo ich dzieci są najdoskonalsze, to Ty nie masz doświadczenia. Z pewnością rozwinęła się moja kreatywność - w wymyślaniu historii o samochodzikach jestem mistrzem! Ale przede wszystkim wspomnieniem wróciłam do własnego dzieciństwa, doceniając to, że zostałyśmy z siostrą wychowane przez rodziców. Nie miałyśmy niani, sporadycznie zostawałyśmy pod obieką babć. Rodzice zawsze mieli dla nas czas i to właśnie my, a nie kariera były w ich życiu najważniejsze. Zmęczona opieką nad cudzymi dziećmi, powiedziałam, że już nigdy więcej się żadnym nie zaopiekuję. Co więcej, własnego nie chcę, bo po co mi dziecko, skoro w dzisiejszych czasach nie będę miała dla niego czasu i będę je podrzucać niańkom?

Po wyprowadzce do Lublina odezwała się do mnie dziewczyna mieszkająca na tym samym osiedlu. Potrzebowała dorywczej pomocy przy swoim synku. Chłopczyk miał dwa latka i był przeuroczy. Rodzice od razu uprzedzili mnie, że to małe chodzące adhd, mające swoje humorki. Uwielbiałam się z nim bawić i zabierałam go na spacery. Ta relacja osłodziła mi spojrzenie na dzieci i sprawiła, że zrozumiałam, że nie popełniłam błędu poprzednim razem. Uważałam, że to ja nie potrafiłam złapać kontaktu z dziećmi, którymi się zajmowałam. Była to jednak kwestia wychowania i zwyczajów panujących w domu. Zrozumiałam, że jeżeli ogarnęłam trójkę dzieci wchodzących na drzewa i próbujące pływać w oczku, to wychowanie jednego własnego, byłoby pestką!

Po kilku miesiącach dostałam telefon z firmy dla której obecnie pracuję. Praca w klinice codziennie uczy mnie cierpliwości, zwiększa moją kreatywność i wytrzymałość. Przechodziłam już chwile załamania i momenty, gdy myślałam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Przeczytacie o tym między innymi tutaj: Biedni bogacze, bogaci biedni i w bardzo osobistym wpisie Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz. Ciągle uczy mnie nowych rzeczy i wystawia na próby. Co mi pomaga? Postanowienie, że bez względu na wszystko się nie poddam.

Nie ważne na jakim stanowisku pracujesz, ważne jakie masz podejście do swojej pracy. Jeśli zaangażujesz się całym sobą w to co robisz, bez względu na słabe wynagrodzenie, czy ciągłe uwagi przełożonych, zaczniesz czerpać z tego satysfakcję. A to zaprowadzić Cię może prosto do sukcesu. Kiedy przestałam się denerwować na rzeczy na które nie mam wpływu, zaczęłam myśleć o tym co jestem w stanie zmienić. Zaczęłam także czerpać korzyści z własnych doświadczeń. Zrozumiałam, że każde zajęcie jakiego się podjęłam niosło ze sobą naukę. Może nie widać tego od razu, ale po kilku latach dostrzegasz, która praca sprawiła, że stałeś się bardziej otwarty, a która pomogła Ci zwiększyć kreatywność. Nigdy nie będziesz miał wpływu na wszystko, masz za to ogromny wpływ na siebie i właśnie od tego należy zacząć. Na myśl o ciągłych wymaganiach, rósł we mnie bunt. Razem ze wzrostem obowiązków powininny wzrastać cyferki na koncie. Nie w Polsce, kochani. Tutaj postawić trzeba przede wszystkim na siebie, co też czynię. Ale o tym w kolejnych wpisach.


"Jeśli możesz kłaść się spać każdej nocy ze świadomością, że w ciągu dnia dałeś z siebie wszystko - SUKCES CIĘ ZNAJDZIE." 
Russel L. Mason



08:23

MOTYWACJA DO DZIAŁANIA

MOTYWACJA DO DZIAŁANIA


Ostatni czas spędziłam leżąc w łóżku z zapaleniem krtani, średnio co pół godziny prosząc o herbatę i zużywając roczny zapas chusteczek w tydzień. Po kilku dniach obudziło mnie dziwne uczucie w szyi. Kiedy próbowałam się podnieść czułam niesamowity ból, który towarzyszy mi do teraz, przy gwałtownych ruchach powodując łzy w oczach. Do lekarza zbierałam się dwa dni, o 18:00 w piątek pomyślałam, że właściwie mogłam się dla świętego spokoju przejść do przychodni, sprawdzić skąd się ten ból bierze. Akurat zamykali.

Tego ranka czułam irracjonalny strach przed podniesieniem się z łóżka. Ból był przeszywający, tak że przy lekkim przesunięciu głowy piszczałam. Moja tolerancja na ból wynosi okrągłe zero. Minęła godzina zanim zorientowałam się, że mogę uniknąć dyskomfortu kierując buzię lekko w prawo i w dół. Szyja przy gwałtownych ruchach boli nadal, ale już nie tak uporczywie jak pierwszego dnia. Podziwiam ludzi, którzy ciężko chorują, a mimo to potrafią wykrzesać z siebie więcej pozytywnej energii niż ktokolwiek w pełni sił.

Łukasz wychodząc z psem, wrócił się po klucze. „Biorę klucze, bo przecież nie podejdziesz do domofonu!” usłyszałam i zamarłam. A co jeżeli już by mi tak zostało? Co jeśli zostałabym przykuta do łóżka i musiałabym zdać się wyłącznie na pomoc bliskich? Przerastałaby mnie tak prosta czynność jak podejście do domofonu! Od roku w kryzysowych sytuacjach powtarzam Łukaszowi „Bóg dał nam dwie rączki, dwie nóżki – to czym Ty się będziesz martwił?”. Jednak nigdy aż tak poważnie nie myślałam o tym, że to ogromne szczęście BYĆ ZDROWYM. 



Mamy olbrzymie skłonności do marnowania czasu! Czas, który zmarnowałam ja? Największym jego zabójcą był i niestety ciągle jest internet. O ile w czasach dzieciństwa, głównie dzięki rodzicom, rzadko korzystałam z komputera i zawsze było to pod ich kontrolą, to kiedy już dorosłam i dostałam swojego pierwszego laptopa porwał mnie wirtualny świat.

Czatowałam z ludźmi, oglądałam seriale, czytałam wiadomości. Zarywałam noce, zasypiałam na zajęcia, a w wolne dni pobijałam rekordy w ilości przespanych godzin. Zafascynowana thrillerami, pochłaniałam jeden za drugim. Dwie z serii serialu Skins obejrzałam cztery razy. Słuchając muzyki analizowałam teksty, albo zapisywałam cytaty w coraz to nowych dziennikach. Mój pokój w pewnym momencie stał się moją strefą komfortu, nie był to ten poziom, że ciężko mi było z niego wyjść, jednak jak najszybciej chciałam znaleźć się z powrotem z ciepłą herbatą i laptopem, pod kocem na swoim fotelu. Siedząc z dziadkami, którzy przyszli w odwiedziny, myślałam o tym w którym momencie będę mogła wyjść, żeby nie było to niegrzeczne. Najczęściej uciekłam pod pretekstem nauki. Jeżeli nawet umówiłam się ze znajomymi to dwie godziny przed terminem dopadała mnie refleksja, że w sumie po co i odwoływałam spotkanie. Od zawsze też w moich rękach był telefon - smsy, facebook, instagram. Paradoks, że ciągle byłam w kontakcie z ludźmi, tak naprawdę wcale ich nie chcąc. 

Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że treści jakie czytałam były zupełnie bezużyteczne, nie wnosiły nic, nie rozwijały i nie motywowały mnie do działania. Dla przykładu, w pewnym okresie spędzałam wiele godzin na czytaniu forum Dogomania, głównie były to wątki dotyczące źle traktowanych psów. Nie byłam w stanie im pomóc, a niepotrzebnie sprawiałam sobie takimi wiadomościami psychiczny ból.

Dzisiaj też korzystanie z laptopa stanowi znaczną część mojego wolnego dnia. Ciągle uczę się jednak jak robić to mądrze, czym chcę się z Wami podzielić.

  1. Łączę  przyjemne z pożytecznym – zamiast tracić czas na oglądanie ulubionych vlogów, na których Blogerzy tylko o czymś opowiadają, włączaj je w tle, możesz od czasu do czasu zerkać na ekran, a przy tym robić inne rzeczy: prasować, zmywać naczynia, rozwieszać pranie. Kiedy gotuję lub biegam na bieżni włączam sobie ulubione kanały na youtubie, lub seriale.
  2. Stawiam na rozwój – w dzisiejszym świecie oglądanie vlogów to forma rozrywki. Nie mamy w mieszkaniu telewizora, bo jest nam po prostu zbędny, oboje bardzo chętnie odpalamy swoich ulubieńców z youtuba. Zamiast oglądać filmy ze śmiesznymi kotami czy czytać ploteczki z życia gwiazd, wybieramy ciekawe, rozwijające materiały z których możemy wynieść wiedzę.
  3. Skupiam się na jednej rzeczy - Kiedy obrabiam zdjęcia, czy piszę notkę na bloga zawsze mam otwartych kilka kart. Bardzo ciężko było mi skoncentrować się tylko na wybranym zadaniu i często w tle oglądałam filmy, odpisywałam na wiadomości, sprawdzałam pocztę. Co w rezultacie wydłużało czas mojej pracy. Tutaj z pomocą przyszło mi Pomodoro. Cudowna, prosta aplikacja, o której usłyszałam od Justyny, prowadzącej vloga 10 minut spokoju. Na początek musimy ułożyć sobie listę zadań na dany dzień, możemy to zrobić w formie pisemnej lub posłużyć się aplikacją. Ja używam Zamora Time, którą zainstalowałam za pośrednictwem Sklepu Windows. Następnie wybieramy zadanie do wykonania i włączamy timer. Mamy 25 minut, w ciągu których nie możemy przerwać naszej pracy. Aplikacja umożliwia zaznaczenie co było przeszkodą w jej skończeniu - czynniki z zewnątrz, czy my sami. Tak na prawdę do tego celu posłużyć się możemy zwykłym stoperem w telefonie. Wydaje się to śmieszne i może właśnie zastanawiasz się nad tym czy jest sens tracić czas na tworzenie list, odpalanie timera, zaznaczanie co Ci przerwało. Mnie osobiście to motywuje jak nic innego. A z drugiej strony pomaga się zorganizować, zamiast odwlekać coś całymi dniami możemy to zrobić od razu, jeżeli pomyślimy, że zajmie nam to TYLKO 25 MINUT!
Co z czasem dla siebie? Jak z leniwej buły stać się sympatykiem aktywności? Wcale nie każę Ci rezygnować z przesiadywania z nogami w górze, czy z popołudniowych drzemek. Wręcz przeciwnie! Organizując swój plan dnia wyznaczaj także czas dla siebie, może stanowić on nawet formę nagrody, czy miły przerywnik pomiędzy zajęciami. Staraj się też aby codzienne obowiązki przyjęły formy milsze Tobie. Dla przykładu, nigdy nie jadłam śniadań, bo po prostu nie chciało mi się ich robić. Teraz, robiąc listę zakupów, staram się aby mieć produkty, które aż zachęcają do wstania rano i przyszykowanie pysznego dania. Dziś na pierwsze śniadanie zjadłam owsiankę, a na drugie wypiłam przepyszny koktajl z avocado, banana i pomarańczy.




Jakie są Wasze sposoby na nietracenie czasu? Co pomaga Wam lepiej się zorganizować? Co motywuje Was do działania? Koniecznie podzielcie się swoimi refleksjami w komentarzu.


14:51

Czy facet bijący psa może być dobrym mężem?

Czy facet bijący psa może być dobrym mężem?




Przyznajcie, że każdej z Was patrząc na obecnego mężczyznę przyszło do głowy pytanie: czy on byłby dobrym mężem? czy byłby dobrym tatą? Opierasz się wtedy o ramę drzwi, patrząc jak smaży jajecznicę. Siedzisz 200 km od domu w środku nocy w zepsutym aucie, obserwując brudne od smarów ręce próbujące wskrzesić silnik. Leżysz w łóżku głaszcząc go po gołym torsie, spoglądając w niebyt. To pytanie przychodzi zawsze, nie ważne jak bardzo zaangażowana jesteś w związek. Przeważnie za bardzo. Ale czy kiedykolwiek pomyślałaś, że to czy będzie dobrym mężem i ojcem możesz wyczytać z tego w jaki sposób traktuje Twojego psa?

Ludzie nie szanujący zwierząt nie szanują ludzi.

Jej eks nie lubił zwierząt, za to doskonale wiedział, że lubi je ona i robił wszystko żeby myślała, że też je uwielbia. Wtedy była za młoda i za głupia żeby to wiedzieć. Cieszyły ją kwiatki, pluszowe serduszka w rozmiarach XXL, paczki słodyczy z Makro i że koleżanki zazdrościły, kiedy przyjeżdżał autem pod szkołę. Chodził z nią na długie spacery, jeździł na wystawy psów, kupił yorka. Wtedy nie połączyła faktów, że york był prezentem ze strachu, że wprowadzi się do niego z psem. Lepiej z yorkiem niż amstaffem, czyż nie? Przez pięć lat nie wywalczyła dla jego działkowych psów kojca zamiast łańcuchów i tak na prawdę przed każdym spacerem wybuchała wielka kłótnia. Nie rozstali się z powodu psa, ale dobrze, że rozstali się w ogóle. Ludzie nie szanujący zwierząt, nie szanują ludzi - zapisz to sobie.

Jest w stanie uderzyć psa? Uderzy dziecko.

Nie mówię tutaj o klapsie w pampersa, czy trąceniu psa gazetą. Jeżeli dajesz swojemu facetowi własnego psa, o którego dbasz, karmisz i pozwalasz wchodzić mu do łóżka, to chyba normalnym jest, że wymagasz aby traktował go przynajmniej normalnie. Więc jeśli przypadkiem zobaczysz przez okno, że się z nim szarpie, ciągnie za mocno, czy nie daj Boże kopnie(!), to mam nadzieję, że nie muszę mówić Ci co masz robić. A reszcie powiem co myślę - dałabym takiemu bohaterowi w twarz i wysłałabym w kosmos. Nigdy nie rozumiałam z jakiego powodu ludzie traktują zwierzęta w okrutny sposób. Za to zawsze byłam przekonana, że właśnie po stosunku do nich można poznać prawdziwe oblicze człowieka. Nie twierdzę, że każdy powinien jeść z jednej miski z psem i spać z nim w łóżku (sama przez pierwsze miesiące walczyłam żeby Nuka spała na swoim miejscu). Każdy natomiast powinien zwierzęta szanować.

Ci z miasta traktują psy lepiej?

Babcia powtarzała mi zawsze, że faceta powinnam wybrać sobie ze swojej miejscowości: swojego, prostego i robotnego. Od czego uciekałam zawsze, bo ani praca w polu mi się nie marzyła, ani prosty chłopiec. Mimo, że wychowałam się na wsi, a dzieciństwo miałam sielsko-anielskie, wieś od lat kojarzy mi się smutno. Los wiejskich psów to nadal polska rzeczywistość. Z dziadapradziada przenosiła się wieść, że krowa daje mleko, kury jajka, kot łapie myszy, a pies pilnować ma obejścia. Do garnka wrzuca się zlewki z wczorajszego obiadu, a w misce na wodę zazwyczaj znajduje się deszczówka. Wiejskie psy nigdy wcześniej nie były traktowane jak członkowie rodziny. Do tej pory pamiętam jak czternaście lat temu sąsiad śmiał się ze mnie, gdy wyprowadzałam swojego pierwszego psa na smyczy. PSA NA SMYCZY! No kto to widział? Gdybym teraz miała wybierać faceta to przysięgam, że zastanowiłabym się pięć razy nad takim, w rodzinie którego pies na łańcuchu to naturalny element wiejskiego krajobrazu! Tacy ludzie mają to wszczepione w genach. Nie ważne czy gość jest z miasta czy ze wsi. Zgodnie z powiedzeniem "człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka nigdy". Ważne jaką ma mentalność. A taka starowiejska mentalność jest straszna. Gromada dzieci. Żona przy garach. Obiad na czas. Podaj piwo kobieto. Brrr. Właśnie tego chcesz?

Jeżeli jesteś psiarą, uważaj podwójnie

W przypadku kobiet zakręconych na punkcie zwierząt jak ja, kiedy wybierzecie sobie faceta z rodziny, w której szanuje się zwierzęta, odpada kwestia kłótni na ten temat!!! Pamiętam ile bezsensownych walk stoczyłam, tracąc energię, którą mogłam spożytkować lepiej, odchodzac wcześniej. Teraz nie muszę się o to martwić. Rodzice Łukasza kochają swoje zwierzęta, tak jak my kochamy nasze. Nie słyszę, że pies wchodzi na łóżko. Nie rolkuję się przed wejściem, żeby zaraz nie usłyszeć, że mam zakłaczony sweter. Nie dostaję migreny na myśl, że jadąc do nich w odwiedziny Nuka znowu nieodpowiednio się zachowa. Oczywiście, że zachowa się nieodpowiednio, ale wszystko nam wybaczą.

18:03

Biedni bogacze, bogaci biedni

Biedni bogacze, bogaci biedni







Kilkanaście lat temu siedziałam na huśtawce z kuzynką i gdzieś pomiędzy śpiewaniem i wymyślaniem piosenek snułyśmy marzenia o tym co by było gdyby pieniądze rosły na drzewach. Na prawdę. Ile ubranek dla lalek byśmy sobie kupiły. I w ilu wózkach byśmy je woziły.

W domu nigdy niczego nie brakowało. Nie było też nic ponad standard. Byliśmy normalną, przeciętną, (teraz rozumiem, że właśnie dzięki temu) szczęśliwą rodziną. I też dzięki temu pamiętam jak wyglądała moja ukochana zabawka z dzieciństwa. Dzięki temu w ogóle miałam swoją ulubioną zabawkę, niebieskiego zajączka z białym brzuszkiem. I dzięki temu Młoda też miała swoją pluszową myszkę Tusię – i za każdym razem gdy Tusia zginęła był płacz i szukanie w środku nocy, bo Młoda bez Tusi nie zasnęła. Pamiętam niedzielne wyjścia z rodzicami do kościoła, a później lody jedzone nad rzeką i łowienie kijanek do pustych opakowań. Pamiętam sierpniowe zakupy przed rozpoczęciem roku. Sukienkę na przedstawienie w którym grałam Calineczkę, własnoręcznie wykonaną przez mamę. Nawet różyczki z bibułki pamiętam. Strój cyganki na „choinkę” w szkole. Ubranie gospodyni od babci. Chustę od stryjenki. Wymalowane na różowo policzki. Pamiętam jak czekałam na tatę wracającego z pracy. Najpierw wypatrywałyśmy z siostrą samochodu. Liczyłyśmy który należał do niego. A później chowałyśmy się pod kocem. Dzień w dzień. Co dzień zaskoczone, że tata się nie domyśla, że znowu się tam schowałyśmy. Dzień w dzień udawał, że nie.

Kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy nie będę pracować z ludźmi. Za to bardzo chciałam, żeby moja praca była związana ze zwierzętami. Dziś pracuję w lecznicy dla zwierząt. W dziale obsługi klienta. Bo niestety, ale ktoś te zwierzęta przyprowadzać musi. Przez pół roku, pomimo ostrzeżeń koleżanek, absolutnie żaden z klientów nie potraktował mnie w zły, czy nieuprzejmy sposób. Nie licząc tych, którzy nie potrafią powiedzieć dzień dobry, czy dziękuję – ale to drobiazg. Każdą napiętą sytuację potrafiłam rozładować, zanim jeszcze wymknęła się spod kontroli. Myślę, że zawdzięczam to swojemu nastawieniu, podejściu do drugiego człowieka, temu czego uczono mnie w domu i co też teraz powtarza Łukasz – stanowczo, szczerze, ale zawsze z szacunkiem. Dziś pierwszy raz zatrzęsły mi się ręce. Wiecie, wybuchy gorąca i takie tam. Odebrałam niezbyt przyjemny telefon, od kogoś komu wydaje się, że przez to kim jest należy się wszystko. Bo w naszym kraju to jest jeszcze taka komuna – masz nazwisko to możesz wszystko sobie załatwić. Więc Pan X zjechał mnie jak burą kotkę. Bo mógł. Strasząc, że jak chcę mieć spokojny wieczór to lepiej żebym zrobiła to o co prosi. Ja w szoku. Kim do jasnej cholery jest Pan X? A że po pracy wyjątkowo trafiam do rodzinnego domu to żalę się mamie. Bo co się będę martwić sama. Niech się pomartwi kobieta ze mną. I przy okazji pewnie coś wymyśli. Bo gorąca czekolada od Młodej pomogła tylko częściowo. Googlujemy. No okej. I chyba dopiero wtedy schodzi ze mnie ciśnienie. Gość na wysoko postawionej pozycji. Profesor na uniwersytecie. Ktoś kto powinien znać podstawowe zasady kultury. A jednak nie. Jednak zupełnie nikt. Wylał swoje frustracje na dziewczynę z recepcji. Przez telefon oczywiście. Bo osobiście, przy innych ludziach Pan X pokazał, że jednak potrafi przynajmniej udawać miłego człowieka.

W sumie mogłabym Wam powiedzieć kto to. Ale po co. I tak pewnie nie kojarzycie człowieka. Chyba, że tak jak moja mama chcielibyście od razu chwycić za telefon i dzwonić do kancelarii. W każdym bądź razie, ja miałam zepsuty wieczór, Pan X ma zepsute życie – i dzięki temu, że to zrozumiałam teraz nie płaczę. A miałam ochotę. I nie pomogłaby czekolada od Młodej i Nutella od Łukasza, która już na mnie czekała.

I bardzo dobrze, że pieniądze nie rosną na drzewach. Dzięki temu nie wszyscy są takimi burakami. I trochę to zabawne - dzięki tej nieprzyjemnej sytuacji wróciło do mnie tyle pozytywnych wspomnień. 
Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger