Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CISZA POD SERCEM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CISZA POD SERCEM. Pokaż wszystkie posty

13:35

To tak straszne, że nikt nie odważył się wymyślić na to nazwy #CISZAPODSERCEM

To tak straszne, że nikt nie odważył się wymyślić na to nazwy #CISZAPODSERCEM


Chciałabym Wam wytłumaczyć świat, ale nie mam takiej mocy. Bardzo chcę wierzyć, że słyszycie moje myśli, ale na prawdę nie rozumiem tego co się tu na Ziemi wyprawia. Nie rozumiem dlaczego Was nie ma i bardzo się boję, że Wasze rodzeństwo nigdy się nie pojawi albo urodzi się chore.

Jeśli Superbohaterowie istnieliby na prawdę, to Mamy patrzące na śmierć swoich dzieci byłyby mianowane tym tytułem jako pierwsze. Tylko dlaczego dzieci umierają? Zaraz będzie drugi rok jak staram się nie zadawać tego pytania, to jest strasznie trudne. I strasznie trudne jest to, że wiem, że nikt nie zna na nie odpowiedzi.

Dziecko, któremu umrą rodzice to sierota. Żona, której umrze mąż to wdowa. Mąż, któremu umrze żona to wdowiec. Jak nazywa się matka, której umarło dziecko? Jak nazywa się ojciec, który je stracił? Jak nazywają się rodzice, którzy nie zdążyli go poznać? To tak straszne, że nikt nie odważył się wymyślić na to nazwy.

Chciałabym Wam powiedzieć, dlaczego nie ma Was ze mną. Ale nie wiem.

Chciałabym Wam powiedzieć, że jest mi tutaj szczęśliwie. Ale nie jest.

Nie da się zapełnić takiej straty.
Można tylko nauczyć się z nią żyć.




08:51

Nie chciałam się zabić, bardzo chciałam umrzeć #CISZAPODSERCEM

Nie chciałam się zabić, bardzo chciałam umrzeć #CISZAPODSERCEM

Niemal pół roku temu myślałam, że nie dożyję stycznia. A jak dożyję to na pewno nie przeżyję. Nie chciałam się zabić, po prostu bardzo chciałam umrzeć - chyba w ten sposób najlepiej mogę określić to co wtedy czułam. Snucie po domu, uczucie pustki, dotykanie brzucha ze świadomością, że już nikogo w nim nie ma. Czytanie forum. Te kobiety zwariowały. Wchodzą na forum co rok, żeby napisać ile lat skończyłoby ich dziecko. Bunt we mnie. Chęć wyrzucenia wszystkiego co o tym przypomina. Chęć zapomnienia. Ile musi minąć? Rok? Dwa? Pięć? Natłok myśli. To moja wina. Nie byłam wystarczająco dobra. Nie byłam w stanie ochronić tego dziecka. A powinnam. Jako jego matka. Powinnam była ochronić małe stworzenie, które nosiłam pod sercem. Przez kilka długich miesięcy nie potrafiłam zrozumieć dlaczego tego nie zrobiłam.

Nikt nie przygotowuje kobiet na poronienie. Nie tłumaczy, że ciąża nie zawsze kończy się pulchnym bobasem dostającym na start 10/10. Nikt nie mówi, że czasami tak się dzieje, że to nie jest nasza wina. Że natura jest mądrzejsza i wie, że dziecko nie miało szans na przeżycie. Nawet jeżeli bardzo je chciałaś. Nawet takie bez szans. Jakiekolwiek. Kochałabyś. Już kochałaś.

Nie przypominam sobie, żeby na lekcjach wychowania do życia w rodzinie ten temat był poruszony chociaż raz. Nie znalazłam też o tym żadnego artykułu w czasopismach czytanych w ciąży. Nawet na naukach przedmałżeńskich przy temacie planowania rodziny nie padło słowo o poronieniu. Ginekolog na moje "zrobiłam dwa testy, oba pozytywne" rzucił radośnie "gratulacje, jest pani w ciąży, testy się nie mylą!" Nikt mi nie powiedział "ale zaraz, zaraz, jeszcze się nie ciesz". Nie wiem czy byłoby mi lżej gdybym brała takie zakończenie pod uwagę. Wątpię, że więź łącząca mnie z dzieckiem byłaby słabsza. Ale gdybym była na to przygotowana, może nie spędziłabym kilku miesięcy w poczuciu winy. Nawet kiedy poznałam wyniki badań nie przestałam zastanawiać się "co by było gdyby".

Nikt też nie przygotowuje społeczeństwa do rozmów z rodzicami po stracie. Nikt nie przygotował osób, które spotykałam ja. Nikt mi nie powiedział, że może mnie nie obchodzić co czują inni, że teraz liczę się tylko ja, że mogę powiedzieć koleżance z pracy, twierdzącej, że powinnam się cieszyć, że poroniłam teraz a nie w zaawansowanej ciąży, żeby się pocałowała w dupę bo gówno wie. Nikt nie powiedział, że mam prawo wyć i nie myśleć przy tym, że postradałam zmysły, albo z pewnością w najbliższym czasie zwariuję i zamkną mnie w psychiatryku.

Aktualnie powinnam być w 39 tygodniu ze spakowaną torbą do szpitala i wyprawką dla dziecka. Za 2 tygodnie urodzić zdrową dziewczynkę, a kilka dni później we trójkę wrócić do domu. Jedynym moim problemem powinno być jak do jasnej cholery poradzimy sobie z niemowlęciem, dwoma kotami i psem w jednym mieszkaniu? Sierść wszędzie. W wózku, łóżeczku i na miseczkach. Wiecie, że już się nie martwię? W ciąży się martwiłam, że jak my ogarniemy? Jak ja ogarnę? Już się nie boję. Nie ma nic ważniejszego niż być razem.

Jest styczeń. Żyję.

Wszystko jest do przeżycia,
trzeba czasu i dużo wiary.

Nigdy nie zapomnę o mojej małej dziewczynce, ale już przestałam uporczywie chcieć być znów w ciąży. Nie przechodzę obok lustra i nie patrzę na brzuch. Już nie piję wina kiedy mąż wyjeżdża. I nie patrzę na dzieci na ulicach. Jeszcze tylko czasem, przychodzi mi do głowy myśl, że to niemożliwe. Że nie mogliśmy mieć takiego pecha. Że to jakiś koszmar z którego zaraz się obudzimy. Ale i to mija.

11:54

Co Cię nie zabije, to Cię nie zabije #CISZAPODSERCEM

Co Cię nie zabije, to Cię nie zabije #CISZAPODSERCEM




          
 
          Co Cię nie zabije to Cię wzmocni? Kto tak powiedział? Co mnie nie zabija to rozkłada na części, ale z pewnością nie wzmacnia. Kiedy ktoś mi mówi, że cierpienie uszlachetnia we mnie budzi się sprzeciw. Każdy z nas ma swoje ochronne warstwy, które z biegiem czasu są z nas zdzierane. Czasem mam wrażenie, że świat dociera już do rdzenia moich uczuć, a potem okazuje się, że jestem w stanie znieść jeszcze więcej i jeszcze więcej. I znoszę. Ale z bólem nadal oswajam się powoli. Najgorsze lato w moim życiu dobiega końca. Wychodzę z niego poobijana i pozdzierana. Jak nigdy czekam na jesień. Mam w sobie wiarę, że wraz z nią przyjdzie ukojenie.



          Chociaż nie zdarza mi się to już często nie jestem w stanie przewidzieć kiedy znowu pęknę. Wiecie co jest w stanie pozbierać mnie z podłogi, kiedy wyję za dzieckiem wbijając paznokcie w ramiona? Kiedy wydaje mi się, że ten ból się nigdy nie skończy? Myśl, że w tym czasie ktoś zabija całkiem ZDROWE dziecko. Takie mogące żyć i cieszyć się tym życiem. Myśl o wczesnoporonnych tabletkach zamawianych przez internet, branych w domu, nielegalnie. Myśl o tabletkach "po". Myśl o tym, że ludzie idą do łóżka dla przyjemności, a potem pozbywają się PROBLEMU dla wygodnego życia. Myśl, że to dzieje się całkiem blisko. Ta myśl mnie paraliżuje. Sprawia, że czuję się bezsilna. Moja rozpacz nad moim jednym dzieckiem, które nie miało szans na przeżycie wydaje mi się wtedy tylko kroplą w morzu tragedii rozgrywającej się każdego dnia. Jak mam Ci pomóc ocalić dziecko? Mogę tylko spróbować. Jeżeli kiedykolwiek staniesz przed taką decyzją. Jeżeli Twój facet każe wybierać Ci między sobą a dzieckiem. Jeżeli ktoś z bliskich będzie w takiej sytuacji. Pomyśl o tym, czym teraz się z Tobą dzielę.



          Wiesz co zrobiłam, kiedy zobaczyłam Nelę? Byłam sama, w nocy, w szpitalnej łazience. W wielkim szoku, ale doskonale pamiętam to co wtedy zrobiłam. Policzyłam jej paluszki. Może trzy razy, może pięć. Liczyłam w kółko. Miała pięć paluszków w swojej maleńkiej dłoni. Byłam w 12 tygodniu ciąży, ale jej rozwój zatrzymał się w 8-9 tygodniu. 8 tygodniowy płód miał buzię, brzuszek, rączki, nóżki i pięć paluszków w każdej dłoni. A teraz jeszcze raz mi powtórz, że to nie było dziecko. Ostatnio usłyszałam, że ktoś zrobił badania prenatalne, bo w razie gdyby wyszło coś nie tak to po co mu taki KŁOPOT. Kłopot? Czułam jakby mnie ktoś strzelił w twarz.



          A czy jesteście świadomi, że badania prenatalne opierają się na statystykach? Nawet jeśli dostaniecie kilkadziesiąt procent szansy na urodzenie chorego dziecka, ono może być zdrowe. W Islandii 100% kobiet decyduje się na usunięcie dziecka, po przeprowadzeniu badań prenatalnych dających 85% dokładności, że dziecko ma Zespół Downa. Bo w tym kraju to norma. "Pozbyliśmy się zespołu Downa ze społeczeństwa" - to słowa Kariego Steffansona, genetyka. Nikt się nie zastanawia, czy robi dobrze, bo tak robią wszyscy. Czy Polaków też to czeka?



          Lekarz dwa razy dopytywał czy na pewno nie zdecyduję się na badania prenatalne. "Czy te badania będą mogły pomóc dziecku?" - zapytałam w końcu. "Dziecku nie." - usłyszałam w odpowiedzi. Skoro lekarz, osoba kompetentna, wzbudzająca zaufanie (Na początku przygody z lekarzami, bo po jakimś czasie przekonujecie się sami, że nikomu się nie powinno ufać.) daje mi jasno do zrozumienia, że jeśli coś wyjdzie nie tak to wyskrobiemy i po temacie, to dlaczego mam myśleć, że to jest złe? Jeżeli nie mam moralnego kręgosłupa, wpajanego od dziecka, dlaczego mam nie posłuchać lekarza? Który przecież po to tam siedzi, żeby mnie chronić. Mnie i DZIECKO!!! Dla mnie było jasne, że choćby było śmiertelnie chore to ja je urodzę. Ale ja wierzyłam. Wierzyłam, że dziecku nic nie jest. Tego dnia, gdy dowiedziałam się, że noszę martwe dziecko, mieliśmy kupić wózek. Czekaliśmy tylko żeby dowiedzieć się, czy nie potrzebujemy większej bryki, bo może to bliźniaki! Myślałam, że miłość wystarczy. Że dziecko trzeba tylko chcieć i kochać. Więc chciałam i kochałam. Ale nasza miłość nie wystarczyła. Tak samo jak Twoje niechcenie nie wystarczy, żeby go nie mieć. A idąc z kimś do łóżka świadomie bierzesz na siebie odpowiedzialność za człowieka, którego możecie stworzyć. Nie ważne czy chcianego, czy nie. Czy chorego, czy nie. On ma prawo do życia.



          Tabletki, które dostałam na wywołanie poronienia (bo mój organizm nie ogarniał jeszcze długo, że dziecko nie żyje), to te same, które bierze się w przypadku planowanej aborcji. Czułam pustkę. Czułam się tak, jakby ktoś wydarł część mnie. Nadal to czuję. Już nie zawsze, ale nadal mi się zdarza. Wstając rano. Idąc do sklepu. Jadąc autobusem. Noszę tę pustkę. Jak to jest czuć po nich ulgę?! Nie mów mi jeżeli zabijesz swoje dziecko, ale jeżeli jeszcze możemy mu pomóc napisz. Powiem Ci gdzie je oddać, co zrobić i pomogę wszystko ogarnąć. Ty tylko pozwól mu żyć. Na chwilę zapomnij o sobie.



          My za często myślimy o sobie. Czekając na badania genetyczne, miałam przeczucie, że to właśnie Zespół Downa był przyczyną obumarcia ciąży. I wiecie co? Na początku się bałam, że jeżeli to właśnie ta wada to już nigdy nie zdecyduję się na dziecko. Głupia ja. Człowiek się boi nieznanego. Niewygodnego. Takiego co to nie pasuje do obecnie panujących norm. Ale kto powiedział, że nasze normy są dobre?!



          Wada Neli była zupełnie inna, przypadkowa i nie dziedziczna. Z taką wadą rodzi się 1-2% dzieci, które przeżywają do maksymalnie 5 miesiąca. Gdyby to był Zespół Downa to byłoby większe prawdopodobieństwo, że byłaby z nami. Dlatego nie mów mi, że dobrze, że się tak stało. Dobrze, że nie urodziłam chorego. Bo nawet nie wiesz ile oddałabym żeby nasza dziewczynka nadal rozwijała się w moim brzuchu. Właśnie teraz zaczynałabym ją czuć.


06:17

Cisza pod sercem

Cisza pod sercem
Wiedziałam, że są w życiu takie rzeczy i słowa, po których następnego dnia nic już nie jest takie jak wczoraj. Twoje podejście do życia, Twoje marzenia, Twoje myśli.

Wiedziałam też, że nieszczęścia się zdarzają. Myślałam tylko, że nie w mojej rodzinie. Nie moim bliskim. A przede wszystkim nie mi. Tak jak każda dziewczyna miałam na koncie kilka smutnych historii. Kogoś chciałam. Ktoś mnie nie chciał. Ktoś się źle zachował. Ale ból złamanego serca, albo urażonej dumy z upływem czasu mijał. A ból, który towarzyszy mi teraz jest tym bólem który trzeba oswoić, nauczyć się z nim żyć, żeby nie zwariować, a z biegiem czasu przekuć w coś dobrego. Chociaż teraz to się wydaje niewykonalne.

Od dwóch lat miałam wszystko. Kochającego mężczyznę. Poczucie bezpieczeństwa. Marzenia o domku, ogrodzie i dziecku. Wiele z Was wie o mojej ciąży z bloga albo instagrama, dlatego postanowiłam napisać tutaj co nas spotkało. Dziś nasz Okruszek jest już w niebie. Mi pozostała niezrozumiała tęsknota za tym czego nie było nam razem dane doświadczyć, ale też sama stałam się zupełnie inną osobą.

Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście niemal skakałam z radości. Udało nam się za pierwszym razem, a ja tak bardzo pragnęłam dziecka. Kiedy teraz o tym myślę, zastanawiam się co by było gdybym pomyślała wcześniej. Gdybym zrobiła badania przed planowaniem ciąży. Czy to by coś dało? Czy by pomogło? Przede wszystkim zastanawiałam się czy żałuję, że zaczęłam prowadzić kalendarzyk, że zaczęłam oczekiwać tego dziecka, że może w innym dniu wszystko byłoby inaczej, a teraz pisałabym o nowym wózku. Teraz wiem, że nie żałuję. Gdyby nie ta ciąża nie poznałabym naszego Aniołka. A przecież on jest. Od samego początku był przez nas kochany, wyczekiwany przez dziadków, ciocie i znajomych.

Nie żałuję też, że podzieliłam się tą radosną nowiną ze wszystkimi. Nie potrafiłabym udawać, że nigdy nie byłam w ciąży, że nie było takiego dziecka, że nic się nie stało. I chociaż teraz nie ma go już z nami, a przyjmowanie gratulacji i tłumaczenie każdemu co się stało jest trudne, nie żałuję. "Gromadźcie sobie skarby w niebie." - usłyszałam wczoraj na mszy zdanie z Pisma Świętego. Zdanie, które towarzyszyło mi cały poprzedni tydzień. Nasz Skarb jest w niebie i czeka tam na nas.

W tym wszystkim najgorsza była niewiedza. Kiedy w pracowni USG mój świat runął w gruzach lekarz, jeszcze mnie badając, odebrał telefon gratulując komuś tygodnia ciąży, którego ja nawet nie doczekałam. "Mamy problem" - usłyszałam, zaraz po tym jak sama miałam złe przeczucie patrząc na czarny ekran i maleństwo, którego nie podświetlał żaden kolor. I że to się zdarza, że to jest selekcja naturalna, że następnym razem się uda. Całą resztę musiałam poukładać sobie w głowie sama.

Pamiętam jak siedziałam na tym łóżku i patrzyłam na Łukasza po drugiej stronie sali. I jeszcze miałam nadzieję. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że zanim podejdę do niego i zanim mnie przytuli, ktoś powie, że zepsuł się aparat do USG, że to obraz poprzedniej pacjentki, albo w ogóle jakieś niewiadomoco. Ale nie. Wstałam i rozpłakałam się na dobre w jego ramionach. 

Dostałam skierowanie do szpitala. "Prawdopodobnie farmakologicznie. Można czekać w domu, ale niewiadomo jak psychicznie to Pani zniesie. Lepiej w szpitalu." Nikt mi nie powidział jak będzie to wyglądać. Bardzo chciałam zabieg. Nie rozumiałam dlaczego mam znosić to sama. Jakie tabletki? Świat mi się kończy, a my na co czekamy? Płakałam całą noc i jeszcze trzy godziny na izbie przyjęć rano. Byliśmy z Łukaszem i moimi rodzicami pierwsi, jeszcze przed 8:00, ale czekaliśmy w kolejce, kiedy do pokoju przyjęć po kolei wchodziły kobiety w ciąży. Pomyślałam, że przecież straciłam przywilej pierwszeństwa... Z gabinetu KTG dobiegało bicie serduszka. Chciałam wrócić do łóżka i wyć dalej, a musiałam patrzeć na kobiety z brzuszkami. Dlaczego dla kobiet, które straciły dzieci nie ma oddzielnych miejsc?! "Pani się denerwuje?" - usłyszałam, kiedy pielęgniarka badała mi tętno. Na drzwiach kartka informująca o tym, że z powodu panujących wizyt nie ma możliwości odwiedzin. Ekstra. Żegnałam się z nimi, myśląc, że następne kilka dni spędzę sama. Okazało się, że mogą iść ze mną wszyscy.

W szpitalu położne wzięły mnie pod ręce i powiedziały, że dostanę łóżko, ale muszę poczekać aż się zwolni. Póki co dostałam leżankę na korytarzu. Mama poprosiła o rozmowę z psycholog, bo szpital ma taką możliwość. Ale nie było nikogo na moim oddziale, więc wezwali kogoś z góry, z położniczego. Psycholog chyba nie bardzo wiedziała co ma mi powiedzieć, mówiła o przyszłości i o tym, że czasem tak jest, że organizm czuje, kiedy matka nie jest gotowa na dziecko. To tak jakby odeszło, bo niewystarczająco mocno je chciałam? Opowiadała też jak tłumaczy matkom, które urodziły, że to są ich dzieci. Bo one są w szoku, bo nie mogą uwierzyć, bo przecież przed chwilą były w brzuchu, bo czasem ich nie chcą. Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby przyniosła mi takie dziecko, bo ja na pewno byłabym w stanie je chcieć. Ale chociaż czas minął mi szybciej, a zaraz później zostałam wezwana na badanie USG, któro miało potwierdzić diagnozę. I potwierdziło. Chociaż jeszcze przez chwilę wierzyłam, że może nie.

Mimo, że opieka była na prawdę wspaniała dalej nikt mi nie powiedział na co ja mam się szykować. Jedni mówili, że będzie tak, inni, że inaczej. Wbrew wszystkiemu nie było najgorzej. Dostałam łóżko w dwuosobowej sali, z panią w podobnej do mojej sytuacji. Gdyby tylko ktoś wcześniej mi powiedział, że jak to będzie stresowałabym się mniej. Łukasz cały czas mógł być przy mnie. W najgorszych momentach trzymał mnie za rękę. Poprosił pielęgniarki o coś przeciwbólowego. "To jeszcze nie jest ból" - powiedziała jedna z nich, a on mi to powtórzył! Ale po kroplówce było dużo lepiej i na prawdę nie bolało. Nikt nie robił problemów z odwiedzinami. Łukasz przychodził rano, w nocy sama wyganiałam go, żeby się wyspał w domu.

W tamtych momentach pragnęłam tylko, żeby maleństwo było z szacunkiem pochowane. Tylko tak je mogłam teraz ocalić. Chyba to dało mi siłę na przetrwanie, bo zadziwiłam i bliskich i nawet samą siebie, znosząc to wszystko tak dzielnie. Nie każda kobieta w takiej sytuacji wie, że istnieje możliwość pochowania Aniołka, bez względu na czas trwania ciąży. Każdy szpital ma obowiązek zapewnić kobiecie taką możliwość, ale nie każdy o tym informuje. My akurat i wiedzieliśmy i lekarz od razu nas o tym poinformował. Chociaż uważam, że powinnam dostać tę informację zaraz po pierwszym badaniu USG, wraz ze skierowaniem do szpitala.

Teraz jestem już w domu. Uczę się żyć na nowo. Z pustym brzuszkiem. Tysiące myśli codziennie przebiega mi przez głowę, najwięcej wieczorem, tuż przed snem. Ale przecież jeszcze będzie dobrze.

Mam nadzieję, że żadna z Was nie znajdzie się w takiej sytuacji, ale gdyby ktoś z Was jej jednak potrzebował to jestem i pomogę na tyle ile będę mogła, udzielając informacji lub chociaż wspierając.


Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger