05:57

Zanim zdecydujesz się na psa

Zanim zdecydujesz się na psa


Na każdym blogu związanym ze zwierzętami i w poradnikach dotyczących wychowywania szczeniąt przy temacie typu: "Pierwszy pies w domu?", "Jaką wybrać rasę?" czy "Co zrobić zanim pojawi się nowy domownik?" przeczytacie, że decyzja o adopcji/kupnie psa nie może być pochopna i podjęta pod wpływem emocji. Niby powinno być to logiczne i dla wszystkich zrozumiałe. Przepełnione schroniska przemawiają jednak, za tym że tak nie jest.

Kilka lat temu, po zobaczeniu pokazu agility, zafascynowały mnie Border Collie. Nie odstraszyły mnie artykuły na temat ich żywiołowości. Przekonana byłam, że podołam ich wymaganiom - wielogodzinnym spacerom i urozmaiconym zajęciom. Oglądając coraz to więcej filmików i śledząc blogi borderowych właścicieli, upewniałam się, że to właśnie jest pies moich marzeń. Nic się nie zmieniło. Nadal, kiedy ktoś pyta mnie jaką rasę bym wybrała, odpowiadam, że BC. A jednak cieszę się ogromnie, że nie doszło do jego kupna. Dziś wiem, że chociaż kochałabym swojego bordera, to ze względu na tryb życia, nie mogłabym uczynić go w pełni szczęśliwym.

Jeżeli jesteś jeszcze przed podjęciem decyzji o adopcji czy kupnie psa, zastanów się czy jesteś na niego gotowy.

O CZYM MUSISZ WIEDZIEĆ ZANIM ZDECYDUJESZ SIĘ NA PSA?

  • Każde szczenię w końcu urośnie, a w przyszłości się zestarzeje. Mała puchata kulka z przewiązaną u szyi kokardką już wkrótce zacznie nabierać właściwe sobie rozmiary. Decydując się na psa, weź pod uwagę wygląd dorosłego osobnika. Pamiętaj, że słodkim szczeniaczkiem  będziesz cieszył się maksymalnie przez pół roku.
  • Stajesz się za niego odpowiedzialny na 10 do 16 lat. Rozumiem, że w tym momencie, możesz sobie pozwolić na psa, skoro taki pomysł przyszedł Ci do głowy, ale zastanów się w jakim miejscu będziesz za rok? Za pięć lat? Za piętnaście? Bierzesz pod uwagę, że musisz zapewnić mu opiekę przez tak długi okres czasu? Dzień w dzień. Święta. Weekendy. Urlopy. Wyjazdy. Czy masz kogoś komu możesz powierzyć opiekę nad nim w czasie Twojej nieobecności lub czy będzie Cię stać na hotel dla zwierząt? Czy jeżeli okoliczności życia sprawią, że nie będziesz mógł się nim dłużej zajmować, zrobisz wszystko aby znaleźć mu nowy DOBRY dom?
  • Psy chorują. Czasem są to nieuleczalne choroby, wiążące się z olbrzymimi kosztami. Gdyby zachorował mój pies byłabym w stanie sprzedać aparat. A Ty? Sprzedałbyś swój samochód?
  • Koniec z wylegiwaniem się w weekendy! Pies nie pyta czy to poniedziałek, środek tygodnia czy może sobota. Nie bierze też pod uwagę, że zaspałeś i spóźnisz się do pracy, albo wróciłeś z imprezy nad ranem i pęka Ci głowa. Musisz wyjść na poranny spacer, nie ma przebacz.


Jeżeli nie udało mi się Cię zniechęcić to możesz zacząć się rozglądać za czworonożnym przyjacielem. Jeśli jednak coś Cię zastanowiło, przestraszyło, czegoś wcześniej nie wziąłeś pod uwagę, przemyśl raz jeszcze, czy będziesz odpowiedzialnym opiekunem, zanim skrzywdzisz zwierzę niewłaściwą decyzją.

Na zdjęciu buldożek francuski z Niesfornej Sfory.



13:04

Witajcie w 2017 - Co zamiast postanowień?

Witajcie w 2017 - Co zamiast postanowień?



2016 okazał się jednym z najważniejszych lat mojego życia. Był to zarazem najlepszy, jak i najgorszy rok. Lekcje, które mi zaserwował nie były łatwe, lecz nauka którą z nich wyniosłam pozwoliła wyciągnąć odpowiednie wnioski, co z pewnością zaaowocuje w przyszłości. Nie będzie noworocznych postanowień. Nie było w tym roku żadnych, a do tej pory z pewnością złamane zostałyby wszystkie. Piszę to, aby podzielić się z Wami najważniejszymi doświadczeniami i lekcjami ubiegłego roku.

LEKCJA 1:
NIE PODDAWAJ SIĘ KIEDY ROBI SIĘ TRUDNIEJ NIŻ PRZYPUSZCZAŁEŚ.

Za każdym razem, kiedy w moim życiu musiałam się podjąć czegoś nowego czułam strach przed nieznanym. Dochodziłam do pewnych momentów, a kiedy zaczynały się schody, nie chciałam podążać dalej. Jeżeli chcesz wejść na szczyt to idziesz w dół czy pod górkę? A więc właśnie! Skoro idziesz pod górę, często z bagażem, bo to przecież długa podróż, to nigdy nie będzie łatwo. Przypuszczam, że każde z Was, tak jak ja, stanęło, bądź kiedyś stanie, przed dylematem - mimo przeszkód iść w zaparte, czy poddać się na starcie. Towarzyszyły temu zapewne wątpliwości, jakie korzyści będzie miało zaciśnięcie w tym momencie zębów i przetrwanie w kluczowym momencie. Kiedy nadchodzi dzień w którym mówisz sobie NIE DAM RADY, pomyśl, co stracisz, gdy teraz przerwiesz? Przede wszystkim nigdy nie dowiesz się, co by było gdybyś jednak wytrzymał jeszcze ten jeden dzień. Istnieje też prawdopodobieństwo, że następnym razem poddasz się dokładnie w tym samym momencie. Wyjdź więc poza granicę swojego komfortu, zaciśnij te zęby i pokaż, że potrafisz. Gwarantuję - duma z siebie, która będzie Cię rozpierać, da Ci siłę na kolejne działania.


LEKCJA 2:
NIE REZYGNUJ Z MARZEŃ, UCZYŃ JE REALNYMI.

Chcesz rzucić korpo i założyć firmę? Miesiąc przed ślubem wyjechać w samotną podróż dookoła świata? Napisać książkę? Zostać wege? ZRÓB TO. Nie słuchaj tych, którzy mówią, że to nie ma sensu, że nikt normalny nie rzuca dobrze płatnej pracy dla zobaczenia pand w naturalnym środowisku, że stracisz czas i pieniądze, że to nie zdrowe, że niebezpieczne, że jeszcze będziesz żałował. Ja Ci to mówię - zrób to. Nawet jeżeli poniesiesz porażkę to będzie Twoja porażka, sam będziesz za nią odpowiadał. A kiedy z kotem na kolanach, pokazując zdjęcia wydrukowane z instagrama, będziesz opowiadał wnukom, że pojechałeś do Afryki z powodu wewnętrznej potrzeby nakarmienia choćby jednego tamtejszego dziecka, będziesz z siebie dumny. Moje marzenia są jeszcze w fazie planów, więc nie będę się zagłębiać w ten temat. Powiem tylko tyle, że ubiegły rok je dość mocno zweryfikował, ale tym samym uczynił możliwymi do wykonania.

LEKCJA 3:
ZAWSZE WALCZ O TO CO UWAŻASZ ZA SŁUSZNE.

Kiedy pewnego dnia tamtego roku przyszłam do pracy, na biurku leżała zgoda na eutanazję psa. Wiedziałam o nim tyle, że ktoś oddał go trzy miesiące wcześniej z powodu rzekomej agresji. Z tym, że pies nie przejawiał absolutnie żadnej z jej form. Był zestresowaną, trzęsącą się biedą, sfrustrowaną tym, że ktoś zamknął go w klatce i na tak długi okres czasu pozbawił kontaktu z człowiekiem. Prawda, zachowywał się dość dziwnie w stosunku do właścicieli, ale problem tkwił w tym domu, nie w psie. Wiem, że gdybym wtedy nie zobaczyła tej zgody, psa by już nie było. Teraz, dzięki pomocy Stowarzyszeniu Chełmska Straż Ochrony Zwierząt, jest bezpieczny i ma kochających właścicieli. Nie piszę tego, żeby mówić, że ludzie są źli, świat jest zły, system jest zły. Nie. Piszę to, aby Was przekonać, że to właśnie od Was zależy jakie jest Wasze otoczenie, a jest dokładnie takie na jakie się godzicie. Nie bójcie się walczyć o rzeczy dla Was ważne. Nie odwracajcie się na czyjąś krzywdę, z powodu własnej wygody, czy jest to pies, który ma być niesłusznie poddany eutanazji, czy płaczące za ścianą dziecko, ubrane nawet w ciepłe dni w długich koszulkach.

LEKCJA 4:
KOCHAJ LUDZI, KTÓRZY ZAWSZE SĄ PRZY TOBIE
(INNYCH SOBIE ODPUŚĆ)


Mimo, że materialnie nigdy niczego nie było mi brak, ciągle czułam wewnętrzny niedostatek. To była ogromna pustka, którą niczym nie sposób było wypełnić. Ludzi traktowałam przedmiotowo. Nigdy nie angażowałam się w znajomości, nie doceniałam tego, że SĄ. Z tym, że chciałam BYĆ dla kogoś. Od kilku lat czułam potrzebę wyciągnięcia z problemów osoby, które były uzależnione. To były zupełnie obcy dla mnie ludzie. Być może brało się to stąd, że uważałam, że to właśnie to jest czymś do czego jestem powołana i że właśnie ten element jest tym brakującym. W rezultacie nie pomogłam nikomu, zaszkodziłam sobie. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Na pewno każdy z Was zna to przysłowie, a większość doświadczyła na własnej skórze. Doceniajcie tych, którzy są przy Was. Którzy martwią się, czy założyliście czapkę, czy uprasowaliście koszulkę, czy macie coś w lodówce - nie ważne jak bardzo jest to irytujące, jest piękne - oznacza, że się o Was troszczą. Nie denerwujcie się więc, że ktoś ciągle zwraca Wam uwagę, żebyście rzucili palenie i zaczęli się zdrowo odżywiać.


LEKCJA 5:
PAMIĘTAJ, ŻE RESZTA ŻYCIA JEST CIĄGLE PRZED TOBĄ.

Pod koniec roku obudziłam się z myślą, że nigdy nie będę miała 17 lat. Tak, siedemnastu dokładnie. Nie pamiętam czy coś mi się wtedy przyśniło, ale przestraszyłam się bardzo. Nigdy już palenia za szkołą? Wracania nad ranem? Zdejmowania szpilek przed klatką? Chodzenia do monopolowego po drugie wino? Nigdy więcej żadnej klasówki? Sprawdzianu? Egzaminu? Wcześniej nie wierzyłam, że takie rzeczy też można z rozrzewnieniem wspominać! Nie wiedziałam jak cieszyć się z nadchodzących dni - przecież ja się starzeję, będzie tylko gorzej!!! Absolutnie nie zauważałam tego, że przyszłość może być równie fascynująca jak przeszłość. Bałam się dorosnąć. Być odpowiedzialna. Już się nie boję. Poprzedni rok pokazał mi, że nie musimy bać się przyszłości, bo wcale nie jest tak bardzo nieznana, to my sami decydujemy o tym jaka będzie. 

LEKCJA 6:
NIE WIERZYSZ W BOGA? BÓG WIERZY W CIEBIE.

"Pokochaj swoją pracę, zanim ją zmienisz" pisałam o swoim załamaniu. Wspomnę jeszcze raz, że to doświadczenie było trudne, ale trwało bardzo krótko i dobiegło końca, zanim przerodziło się w poważne stadium. Od dziecka byłam dość udręczoną duszą i nikt nie wiedział skąd mi się to bierze. Często słyszałam, że na pewno siedzi we mnie Zły. Nie kwestionuję, być może tak było. Jestem przekonana, że wszystko co nas spotyka zawsze niesie ze sobą głębszy sens. Spotkałam kogoś, komu nie byłam w stanie sama pomóc, pomyślałam więc, że dobrą ideą będzie zabranie tej osoby na Mszę o uzdrowienie. Nigdy nie byłam bardzo wierząca. Nie wiem czy byłam w ogóle. Wydawało mi się, że czasem chodzę do kościoła tylko dlatego, że urodziłam się w katolickiej rodzinie. Powtarzałam, że gdyby od dziecka kazano mi wierzyć w telewizor to też bym wierzyła. Dlatego nie wiem z jakiego powodu wpadłam na taki pomysł. Widocznie uznałam to za ostateczną deskę ratunku. Sprawy poszły nie tak jak pójść miały. Pierwszy raz w życiu złamałam się na prawdę. To już nie było, jak dotychczas, celowe szukanie smutnych piosenek, czytanie smutnych książek i oglądanie smutnych filmów. Tydzień płakałam i śmiałam się na zmianę, piłam, paliłam i nie chciałam dalej żyć. Nic mi się nie stało, po prostu nie mogłam poradzić sobie z emocjami i z ogromną pustką, którą ciągle czułam w środku. Na prośbę mojej Mamy, Łukasz zabrał mnie na tą Mszę, na której przecież miałam być z kimś innym. Przybliżę Wam w skrócie jak to wygląda. Taka msza odbywa się w co drugą środę każdego miesiąca w Parafii pw Wieczerzy Pańskiej przy Al. Warszawskich 31. Na początku jest msza, jak każda inna. Następnie świadectwa ludzi, którzy doświadczyli uzdrowienia. Na końcu jest modlitwa o uzdrowienie, podczas której Jezus przez księdza prowadzącego udziela łask. Ksiądz mówi np.: W kościele jest osoba, która od dłuższego czasu z powodu chorego kolana ma problemu z poruszaniem się. Jezus dotyka Twojego kolana i przestaje Cię boleć. Później prosi o podniesienie ręki, jeżeli tego doświadczyłeś, na znak wiary. Trwa to około 3 godzin, ale poczucie wspólnoty, jakiej często nie czuć podczas niedzielnych mszy i piękne pieśni w wykonaniu chóru, sprawiają, że czas nie ma znaczenia. Szłam na tą mszę z wiarą, że być może to mi pomoże. Że być może rzeczywiście to nie kogoś miałam tam przyprowadzić, ale przyjść sama ze sobą. Podczas mszy czułam ogromną złość, wściekłość wręcz. Chciałam wyjść, rzuciłam Łukasza, mówiąc mu, że to już koniec, że chcę być sama. Absolutnie nie słuchałam tego co mówi ksiądz, oglądałam swoje świeżo zrobione paznokcie i zastanawiałam się jakim cudem zgodziłam się tam pójść. Pomyślałam, że jak mogę o cokolwiek prosić, skoro nie poszłam do spowiedzi, a ostatnio w kościele byłam pół roku wcześniej. Aż nagle słowa, które padły z ust kapłana zostały skierowane dokładnie do mnie. Mówił o problemach w pracy, ciągłych migrenach, kłuciu w sercu, któro nie dawało spać (byłam przekonana, że to boli wątroba po częstych imprezach), o tym, że na wszystko reaguję złością, agresją wręcz, bo tak się nauczyłam i nie umiem inaczej, o tym, że od zawsze uciekam. Mówił, że ciągle zastanawiam się nad sensem wszystkiego i nie muszę tego robić, bo to Jezus ma znać sens, a nie ja. Ja mam tylko zaufać. Oblało mnie uczucie ogromnej miłości. Miłości z pewnością nieludzkiej. Pustka, którą przez tyle lat nie umiałam zapełnić, została wypełniona. Poczułam się tak, jakby ktoś wyjął moje serce, zresetował i wstawił je spowrotem, bez ran, bez starych blizn, bez zadrapań. Mogłam zacząć od nowa. Przez cały ten czas płakałam. Kiedy padły słowa, abym podniosła rękę na znak wiary jeżeli tego doświadczam, zwątpiłam. Wszystko odeszło, rozejrzałam się po kościele kto podniesie rękę. Wtedy kapłan powiedział, abym nie wątpiła i gdy podniosłam rękę znów oblało mnie uczucie ogromnej miłości. Już nigdzie nie chciałam iść, mogłam tam siedzieć do rana. Kiedy wyszliśmy powiedziałam do Łukasza, że ja nie wiem jak mogłam być taką tępą dzidą, przejmować się niewiadomo czym, szukać całe życie szczęścia w przyziemnych rzeczach. Wyszłam zupełnie inną osobą. Co nie znaczy, że jestem w kościele co niedzielę. Czasem mi się nie chce. Czasem też wracają smutki i złości. Ale wiem skąd to się bierze i wiem też, że Bóg mnie kocha i ciągle toczy wojnę o moją duszę, a kiedy mu tylko na to pozwalam, sprawia, że jestem szczęśliwa. W święta dowiedziałam się, że podczas tej mszy moja Mama w domu, za wstawiennictwem Dusz Czyśćcowych, modliła się o to, aby Bóg zabrał mi to serce z kamienia. Modlitwa wstawiennicza za kogoś ma ogromną moc, tym bardziej jeżeli jest to modlitwa rodziców o dziecko. A Dusze w Czyścu cierpiące są bardzo miłe Panu Bogu i mogą wyjednać dla nas Wiele Łask Bożych. Podczas mszy Łukasz modlił się za nas, kiedy powiedziałam, że to już koniec, zwątpił w to, że będziemy nadal razem i modlił się tylko za mnie, o to abym była szczęśliwa i znalazła spokój. To nie ja sobie wymodliłam to uzdrowienie. Nie ja o nie poprosiłam. Byłam coraz dalej od Boga, a mimo wszystko On był cały czas przy mnie. Czekał tylko na to, aż ktoś Go poprosi o moje uzdrowienie. Nie ważne czy chodzicie do kościoła co niedzielę, czy wcale. Nie ważne czy wierzycie w Boga, czy nie. Bóg wierzy w Was. Moje świadectwo jest tego doskonałym dowodem. Wiem, że nikt by mi tego nie wytłumaczył. Byłam jak św. Tomasz, który nie chciał uwierzyć dopóki sam nie zobaczył. 


W Nowy Rok weszłam pełna optymizmu i nadziei.
Blog również zyskał nowy wygląd i przepiękne logo (Jeszcze raz bardzo dziękuję Jankowi!), więc myślę, że odżyje razem ze mną. Styczeń dobiega końca, ale mimo wszystko życzę Wam Kochani, aby ten rok przyniósł Wam lekcje, które sprawią, że będziecie żyć jeszcze lepiej, jeszcze pełniej i jeszcze bardziej szczęśliwie.

14:28

Nie zapomnij przygotować go do Sylwestra

Nie zapomnij przygotować go do Sylwestra



          Sylwestrowa noc dla nas jest okresem do świętowania. Przygotowaniom do wieczornego wyjścia poświęcamy całe popołudnie. Zastanawiamy się nad postanowieniami na nadchodzący rok i wspominamy to co wydarzyło się w tym, który właśnie dobiega kresu. Kiedy wybija północ otwieramy szampana i stukamy się kieliszkami a niebo rozświetlają kolorowe fajerwerki. Śmiejemy się, składając sobie życzenia.

Co w tym momencie robi nasz pies?

            Psi słuch jest dużo bardziej wrażliwy niż ludzki. Potrafią one usłyszeć dźwięk z czterokrotnie dłuższej odległości. Huk petardy, który dla nas jest do zniesienia, sprawiać im może nawet fizyczny ból. Sylwester jest więc dla nich najtrudniejszym dniem w roku. Odgłosy wystrzałów, świsty petard i błyski rozchodzące się ze wszystkich stron stanowią dla zwierząt olbrzymie źródło stresu. Niejednokrotnie w tym czasie dochodzi do ucieczek czy wypadków. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć reakcji psa na nagle wystrzeloną nieopodal nas petardę. Nawet jeżeli należy on do najodważniejszych. Wyjątkiem są tylko psy pracujące wśrod policjantów lub myśliwych, czyli osób używających broni. Są one odpowiednio przygotowane do tego typu sytuacji.

Jak mogę pomóc psu lepiej znieść Sylwestrową noc?

             Przygotowania naszego psa do Sylwestra zacząć się muszą na długo przed nim. Zostało nam 11 dni, a więc mamy już mało czasu. Najlepiej kiedy pies był socjalizowany już od szczeniaka ze środowiskiem zewnętrznym i przygotowywany do różnych sytuacji. Pamiętać jednak należy, że nawet najbardziej wyszkolony pies, w momencie gdy usłyszy huk rzuconej blisko petardy, będzie mógł chcieć uciec, niereagując na nasze komendy.

              To od czego możecie zacząć to pomóc psu skojarzyć hałas z czymś pozytywnym, puszczając odgłosy fajerwerków z youtuba, nagradzając go przy tym smaczkami i zabawą. Pamiętajmy, że dźwięk musi być stopniowo podgłaszany, nie może wywołać u zwierzęcia stresu. Bez względu na to czy zostajemy tej nocy w domu, czy wychodzimy, musimy przygotować bezpieczny kąt dla psa. Pod żadnym pozorem nie przenośmy jego posłania z miejsca w którym jest zazwyczaj. Ostatni spacer powinien odbyć się najwcześniej jak jest to tylko możliwe. Zabierzmy psa na dłużej w mało uczęszczane, spokojne miejsce. Koniecznie na smyczy. Możemy założyć mu dodatkową obrożę z adresówką. Jeśli nie jest jeszcze zaczipowany, warto zrobić to teraz. Dzięki temu w razie ucieczki będzie większe prawdopodobieństwo, że ktoś pomoże mu wrócić do domu. Jeżeli wychodzimy zabezpieczmy drzwi i okna, tak aby uniemożliwić mu ucieczkę. Zostawmy włączony telewizor lub radio, które chociaż w minimalnym stopniu zagłuszą huk petard. Dobrym pomysłem jest też zostawienie na psim posłaniu naszej bluzy, aby czuł się bezpieczniej czując nasz zapach. A także położenie dodatkowego koca w który w razie czego będzie mógł się zakopać.

Zwróćcie się o pomoc do lekarza

              Ogromny stres związany z wystrzałami petard prowadzić może do poważnych traum. Nawet jeśli zwierzę wcześniej się nie bało i nie zareaguje bardzo lękliwie na stresującą sytuację, może mieć ona konsekwencje w przyszłości. Podając odpowiednie leki można ich uniknąć. Należy jednak pamiętać, że leki te powinny być podane zanim zwierzę po takiej sytuacji zaśnie. Warto już teraz skontaktować się z lekarzem, może nasz pies będzie potrzebował podania leków. Na Sedalin mówimy stanowcze NIE. Sedalin przez swoją substancję czynną powoduje apatię, co może być mylnie kojarzone z uspokojeniem. Lek ten powoduje również paraliż mięśni, dlatego stosowany jest na przykład przy wyłapywaniu dzikich psów. Nie wpływa on jednak na wyciszenie umysłu, więc zwierzę boi się nadal, tylko nie może uciec. Miejcie więc tego świadomość, aby odmówić, gdyby wet z niewiadomych przyczyn, zaproponował właśnie to. Podanie jakichkolwiek leków, także tych na bazie ziół, powinno być skonsultowane z lekarzem weterynarii. Znajdźmy też w pobliżu lecznicę czynną całodobowo, aby w razie nagłego wypadku móc od razu zawieźć tam psa.

W tym dniu pamiętajcie również o kotach

            Stwórzcie kotu bezpieczny kącik w którym, w razie kiedy zacznie odczuwać strach będzie mógł się ukryć. Poświęćcie czas wieczorem zmuszając go do aktywności. Jest szansa, że wybiegany i zmęczony prześpi całą noc nie zwracając uwagi na to co dzieje się na zewnątrz. Pomoże również zasłonięcie okien. Upewnijcie się też, czy wszystkie zostały zabezpieczone tak, że nie będzie mógł uciec. Pod żadnym pozorem w tym okresie nie wypuszczajcie go na zewnątrz. Jeżeli wyjeżdżacie lepszym wyjściem będzie znalezienie zaufanego opiekuna, niż przewożenie kota w inne miejsce, ponieważ to wiązać się będzie z kolejnym stresem. Jeśli natomiast impreza sylwestrowa odbywać się będzie u nas to jak najbardziej należy kota na ten czas umieścić gdzie indziej. Najlepiej wywieźć go do domu, który już zna, lub chociaż do ludzi, którzy Was odwiedzali. Tak jak w przypadku psów, nie podawajcie kotom żadnych środków na uspokojenie, jeżeli nie będzie to skonsultowane z lekarzem. 

Emocje na bok

             Zwierzęta bardzo dobrze wyczuwają nasze emocje i udziela im się nasz nastrój. Tak więc zaniepokojenie, martwienie się i złość na ludzi odpalających petardy wywołają w nich dodatkowe zdenerwowanie. Zachowujmy się tak jak każdego innego dnia, nie pocieszajmy ich, nie bierzmy na ręce, pogorszy to tylko sprawę. Mówmy do nich, zachęcajmy do zabawy, tak jakby nic się nie działo.


Pamiętajcie, aby zadbać o Wasze zwierzęta już kilka dni przed i kilka dni po Sylwestrze, niestety petardy nie są puszczane wyłącznie o północy. W okresie okołosylwestrowym najlepiej w ogóle nie spuszczać psów ze smyczy i nie wypuszczać kotów z domu.


Dziękuję lek. wet. Ani Kot za przeczytanie postu przed publikacją. Ania zwróciła uwagę na to aby wyraźnie zaznaczyć, że do lekarza ze zwierzaczkiem musimy się zgłosić już teraz. Z tego powodu iż leki, które będą mogły mu pomóc muszą być podane odpowiednio wcześnie.

Nie zostawiajmy tego na ostatnią chwilę! 

17:27

Zmień pracę na lepszą

Zmień pracę na lepszą


Trafiłam niedawno na cytat, który mówił o tym, że jeżeli Twoja praca stała się dla Ciebie nudna i zaczyna Cię drażnić to nie jest powód do odejścia, trzeba zostać i coś na to poradzić. Teraz oczywiście, mimo starań, nie potrafię go dla Was odszukać. To jest jak z próbą znalezienia kluczyków - trafisz na nie dopiero jak nie będziesz ich potrzebować, ale na pewno nie w momencie gdy ich szukasz.

Kiedy zadzwoniła do mnie pani dyrektor mojej obecnej firmy aby zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną pomyślałam, że właśnie złapałam Pana Boga za nogi. Moja pierwsza poważna praca. Od razu po studiach. Od razu na etat. Przy zwierzętach. EKSTRA! Trafiło się jak ślepej kurze ziarno, przecież nie pofatygowałam się nawet aby zawieźć CV, poprosiłam Tatę aby je dostarczył. Przez pierwszy miesiąc wstawałam pełna energii, biegłam  na autobus. Dzień w pracy mijał mi ekspresowo i już nie mogłam się doczekać kolejnej zmiany. Nawet przed okresem zatrudnienia przychodziłam do dziewczyn w odwiedziny, podpytywać co i jak, chcąc od razu nauczyć się nowych rzeczy. A w pewnym momencie pomyślałam, że stoję w miejscu. Uważałam, że rejestrując pacjentów nie będę miała możliwości rozwoju. Przychodzę na swoją zmianę, biegam przez 8 godzin starając się zadowolić wszystkich, zrobić tak aby każdy czekał jak najkrócej, a w międzyczasie odhaczyć wszystkie punkty checklisty. Wychodziłam zmęczona, zasypiając w autobusie, a w domu walczyłam z migreną. Potem wstawałam po nieprzespanej nocy o 5:00 i szłam na autobus. Uśmiechałam się przez cały dzień, aż wypaliłam się do cna. Wzięłam urlop, żeby odpocząć. Poczytać książki. Wyspać się. Zresetować. Mieć czas dla rodziny. Nici z planów. Przeszłam załamanie. Nie chciało mi się wstawać z łóżka. Płakałam i śmiałam się na zmianę. Normalni ludzie tak nie robią. Nie da się przechodzić tak szybko z najbardziej skrajnej emocji w drugą najbardziej skrajną. Łukasz nie wiedział czy wysłać mnie do psychologa czy od razu do psychiatry. Pisał maile do poradni. Nie chciałam nigdzie iść. Nie wstydzę się tego. Każdy człowiek ma chwile słabości.

Dla znajomych z którymi się spotykałam może sprawiałam wrażenie otwartej, przebojowej i przede wszystkim szczęśliwej dziewczyny. Ale nikt nie jest taki jaki jest przed innymi ludźmi i każdy ma w sobie jakieś zło. Moim była samotność. Nie potrafiłam czerpać radości z otaczania się ludźmi. Ba! Ja nie potrafiłam otaczać się ludźmi. Podobno prawdziwe przyjaźnie zaczyna się w dzieciństwie. Nie mam przyjaciela z dzieciństwa. Nie utrzymuję nawet kontaktów z nikim z kim siedziałam w ławce w podstawówce, w gimnazjum, czy nawet liceum. Mam jedną kochaną osóbkę, która moim przyjacielem jest, ale tylko dlatego, że akceptuje mnie taką jaka jestem i jaka byłam. A ja nie dbałam o innych. Nie oddzwaniałam. Nie odpisywałam. Odwoływałam spotkania. Ludzie po pewnym czasie przestawali być interesujący. Nudziłam się. Wolałam swoją samotnię. Książki. Filmy. Internet. Poza tym pewnie sprawiałam wrażenie odważnej, ale w gruncie rzeczy nie chciałam nawet zamawiać pizzy przez telefon. A kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy, przenigdy nie będę pracowała z ludźmi.

Ale do nowej pracy weszłam z pełną otwartością. Natrafiłam trochę na mur i zupełnie niepotrzebnie się tym przejęłam, biorąc wszystko do siebie. Od zawsze wierzyłam za bardzo w dobry świat. W to, że wystarczy, że będę czegoś bardzo chcieć i to się zmieni. W to, że jeśli ja będę dobra dla ludzi to ludzie będą dobrzy dla mnie. No bo jak to? Jak można się nie odśmiechnąć do kogoś kto się do Ciebie uśmiecha mijając na korytarzu? Pomyślałam, że może rzeczywiście przesadzam, że może powinnam trochę chociaż poudawać, żę wcale mi  nie jest do uśmiechu. I wtedy ktoś mi powiedział, że lubi ze mną pracować, bo mi się tak zawsze śmieje buzia. Do dzisiaj to pamiętam, a wtedy bardzo mi to pomogło i dało mi wiarę, że jednak warto uśmiechać się do ludzi. :)

Były momenty, kiedy byłam gotowa drukować wypowiedzenie, przejęta tym, czy urlop wystarczy mi na okres wypowiedzenia. Albo Łukasz brał telefon i mówił, że jeżeli sama się nie zwolnię to on zadzwoni do firmy, bo stawałam się nieznośna. I wiecie co? Gdybym wtedy odeszła nic by się nie zmieniło. A przede wszystkim ja bym się nie zmieniła. Miałabym tylko fałszywą satysfakcję, że miałam odwagę zrezygnować z pracy na etat.

Od zawsze potrzebowałam diametralnych zmian. Wyrywałam kartki z zeszytu gdy napisałam krzywo jedną literkę, nawet jeżeli był to już koniec strony i przepisywałam od nowa. A kiedy w życiu zaczynały się problemy uciekałam. Być może w pracy też szansą dla mnie było otworzenie nowego gabinetu. Bo to mnie trzymało. Czekałam na otwarcie. Potrzebowałam czegoś nowego. A teraz zrozumiałam, że to czego potrzebowałam na prawdę to ZMIANY PODEJŚCIA.

Sama bym na to nie wpadła. I sama bym się zwolniła już dawno. Mama powtarzała mi, że jak odejdę to nic się nie zmieni, a kiedy dzwoniłam do niej przed pracą płacząc, że ja nie chcę dzisiaj iść i że mam nadzieję po drodze złamać nogę powtarzała "Idź, zwierzątka Cię potrzebują!". Tata wysłuchiwał moich żali odwożąc mnie po drugiej zmianie do domu i pytał co dziś było nie tak, dając szansę opowiedzieć co właśnie było "tak", bo ja jakoś od dziecka tak miałam, że zawsze musiałam mieć zdanie na odwrót niż uważali wszyscy inni. :) Młoda dopytywała na fejsie co było w pracy i jak się trzymam. A Łukasz czekał na mnie z obiadem na kolację i pewnie szlag go już trafiał, ale starał się jak mógł podtrzymywać mnie na duchu i wmówić mi, że nie jest tak źle jak mi się wydaje, że jest. A szef był cierpliwy, dał mi szansę mówienia na głos co mi nie pasuje i czego się obawiam i czas na podjęcie decyzji. Chyba nawet on wierzył w to, że w końcu zrozumiem.

Jestem wdzięczna Bogu za tych ludzi i za to, że zaprowadził mnie dotąd gdzie się znajduję, właśnie taką drogą jaką mnie tu prowadził. Że przeszłam to załamanie, że nie chciało mi się żyć, że później zabrał ode mnie to wszystko i pozwolił pokochać siebie, innych i moją pracę. Właśnie tak. Pracę trzeba kochać. To nie może być tylko wpatrywanie się we wskazówki zegara i odliczanie czasu kiedy do domu. To musi być dostrzeganie dobrych stron. Chęć rozwoju. Bo jak mogłam myśleć, że siedząc na recepcji się nie rozwijam? Ciągle poznaję nowe przypadki. Codziennie przeprowadzam kilka dłuższych rozmów. Uspokajam obiecując, że zajrzę do pieska, gdy zostaje u nas i dzwonię żeby powiedzieć co robi. Daję się wygadać, gdy nie ma szans na wyleczenie. Podaję chusteczki, gdy jest już za późno. Cieszę się z nowego małego pupila razem z właścicielami. Jestem szczęśliwa razem z opiekunami, gdy zwierzątko zdrowieje. Mówię, że też mam rudego kota, albo, że moja suczka też nazywa się Nuka i że myślałam, że tylko ja mogłam wymyślić takie imię. Przestałam marudzić "to powinno być tak", podsuwam za to pomysły jak może być.

Wcześniej natrafiłam na kilka małych przeszkód i chciałam wszystko rzucać. Uważałam, że wszyscy powinni być dla mnie mili bo ja jestem, a jak nie są mili to niech spadają i ja ich nie chcę. A przecież to my budujemy miejsca. To my decydujemy o tym jak będą wyglądać. To ode mnie zależy czy przekraczam próg firmy wpatrzona w podłogę i zła na wszystko od samego rana, czy wchodzę pełna energii na nowy dzień. A przede wszystkim to ja decyduję o tym czy i jaki uśmiech daję ludziom i  jak reaguję na to, gdy ktoś go nie chce. Nie mamy wpływu na to co mówią i robią ludzie, ale na to jak to odbierzemy już tak. Nigdy więcej nie pozwolę nikomu zgasić tego uśmiechu.

To odważny post. Ale jeżeli chociaż jedna osoba go przeczyta i dzięki temu też spróbuje zmienić swoje podejście, przez co jej życie stanie się lepsze, to będę szczęśliwa. Z pewnością jeszcze nie raz nadejdą gorsze dni, ale wtedy będziemy pamiętać, że nie trzeba nic rzucać tylko zastanowić się jak zmienić to na lepsze.

Teraz częściej będę na Botaniku.
Zapraszam z pupilami.
Wstąp na kawę.
Pogadajmy! :)

16:31

Prezenty na które nikt nie czeka

Prezenty na które nikt nie czeka


          Wkrótce Boże Narodzenie. Czas w którym obdarowujemy naszych najbliższych prezentami. Kilka dni wcześniej wpadamy w zakupowy szał. Zastanawiamy się co kupić mamie i tacie. Czy ten szalik spodoba się dziadkowi i czy babcia przypadkiem nie dostała już od kogoś książki, którą planujemy jej zamówić. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy dany prezent przypadnie do gustu. Skąd więc biorą się pomysły na to aby pod choinką umieścić przewiązane czerwoną kokardą żywe stworzenie?
           Każdego roku część zwierząt, które zostały dane w prezencie trafia do schronisk, lub jest porzucana w lesie, czy na ulicy. Jeżeli komuś z czytelników wpadł do głowy taki pomysł, proszę, pomyślcie, czy sami chcielibyście być zaskoczeni w taki sposób? Mała puchata kulka z czerwoną kokardą na szyi, wyglądająca z jednego z kolorowych pudeł stojących pod choinką, na pewno każdemu kojarzy się bardzo miło. Należy jednak pamiętać, że oprócz tej radości, obdarowujemy daną osobę ogromną odpowiedzialnością. Porannymi spacerami, kosztami, które trzeba ponieść na wyżywienie czy leczenie zwierzęcia, problemem kto zostanie z nim podczas naszej dłuższej nieobecności.
          Jeżeli nawet cała rodzina od dłuższego czasu planuje przygarnięcie zwierzaka i jest to już jak najbardziej przemyślane, to nadal święta nie są na to najlepszym okresem. W pierwsze dni zwierzęcia w naszym domu musimy mu zapewnić jak najwięcej spokoju, aby mogło się zaklimatyzować i poczuć bezpiecznie w nowym miejscu. Dom pełen ludzi w wigilię, ksztątanina między kuchnią a salonem i głośni kolędnicy ku temu z pewnością nie sprzyjają.
          Mamy ogromny wybór świątecznych prezentów. Kubki, szaliki, swetry, książki... Pamiętaj, że łatwiej będzie Ci zaproponować, widząc niezbyt zadowoloną minę siostry, że wymienisz bluzkę, niż oddać psa.
       
Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger