16:11

KTO (KOT) tu nam bałagani?

KTO (KOT) tu nam bałagani?


"Muszę Ci powiedzieć, że ostatnio się na Tobie zawiodłem." - rzucił z kuchni. Pobiegłam spytać jak to, dlaczego? "Kiedy napisałaś, że w kuchni był wypadek, pomyślałem, że zrobiłaś obiad i nie zdążyłaś posprzątać!" Śmiechłam. Rzeczywiście, wysłałam smsa o takiej treści. I rzeczywiście w kuchni zdarzył się wypadek. No i nie dość, że nie zdążyłam po tym wypadku posprzątać, to jak już się domyślacie, obiadu również zrobić nie zdążyłam. I chyba nikt się nie dziwi, co? Ja jestem z tych kobiet, które wolą nawet w największą wichurę, deszcz ze śniegiem i burzę z piorunami, wyjść zjeść na mieście, niż ugotować w domu. Choć, paradoksalnie, gotuję ponodobno najlepiej.
Wypadek był o 6:33. Wiem na pewno, bo trzydzieści pięć po szóstej wychodzę wybiegam na przystanek. Co już mnie tłumaczy, dlaczego nie posprzątałam. A więc, biegając między pokojem a łazienką wpadłam na moment do kuchni spakować do torby drugie śniadanie. Dokładnie w momencie, gdy otwierałam drzwi zobaczyłam spadający z parapetu talerz. Na talerzu była mąka. Za talerzem leciało 10 jajek (na szczęscie takich ze sklepu, te od babci się uchowały!). A na to wszystko spadł kot. Ułamek sekundy, ale wyobraźcie sobie jak wyglądała kuchnia. Sprawdziłam tylko czy nie ucierpiał żaden opuszek. Nie ucierpiał. Mogłam spokojnie wybiec z domu, a z mpka wystukać przepraszająco-wyjaśniającego smsa. Jak się okazało był mało wyjaśniający. Przepraszający w sumie też. On spodziewał się obiadu, więc rozumiem rozczarowanie po wejściu do kuchni. No ale, co to za pomysł z tym talerzem? Z mąką? W domu pełnym kotów? Serio?


15:01

Koty, które żyją najdłużej.

Koty, które żyją najdłużej.


Sześć lat temu zawoziłam na sterylizację do Lubelskiego Animalsa bezpańskie kocice z działek niedaleko mojego domu. Był tam też kociak z raną na łapce, którego postanowiłam zabrać do lekarza. Kiedy go złapaliśmy, czekając na tatę, weszłam na herbatę do starszej pani, która dokarmiała koty. Okazało się, że kociak uciekł z klatki pozostawionej na werandzie. A, że ja już się cieszyłam, że w domu będzie znowu jakieś kocię doszłam do wniosku, że w takim razie zabiorę inną biedę. Wśród innych kociaków ten był najmniejszy, najchudszy i najbiedniejszy. Jednak poza niedogojonym pępuszkiem nie widać było żeby miał się źle. Wzięłam go do domu na przemycie ranki, a następnego dnia chciałam wypuścić go z powrotem do kociej mamy.



W nocy jego stan się bardzo pogorszył. Telefon do lekarza i rano już byliśmy w Animalsie. Koci katar. Zapalenie oskrzeli. Lekarz powiedział, że prawdopodobnie byłaby to jego ostatnia noc, gdyby został na działkach. Dwa tygodnie spędził w Przychodni weterynaryjnej Lubelskiego Animalsa. Dwa tygodnie na kroplówkach. Później zastrzyki w domu. Pamiętam jak leżał w klatce po chomiku z główką na butelce z ciepłą wodą, ledwo łapiąc powietrze. Ale udało się!

Przez dwa lata mieszkał ze mną. Spał ze mną. Robił mi bałagan w notatkach. Budził w nocy. Gryzł w stopy. Uwieszał się nóg, gdy szłam zapalić światło. Później został wychodzącym kotem. Początkowo przesiadywał na zewnętrznym parapecie, albo na balkonie. Potem zaczął zwiedzać świat. Zawsze gdy nie było go w domu towarzyszył mi irracjonalny strach o niego. Nawet teraz dzwoniąc do domu pytałam czy jest kot. Jak się niestety okazało przeczucie to nie do końca było irracjonalne.

Tydzień temu, kiedy szykowałam się do wyjścia z pracy, zadzwoniła do mnie mama. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Bonnie przyczołgał się pod naszą bramę, prawdopodobnie po potrąceniu przez samochód. RTG wykazało stłuczenie płuc, odmę podskórną i śródpiersiową, częściowe przemieszczenie watroby i ubytek przepony. Przez pierwsze dni miał problemy z oddychaniem. Nie wiedzieliśmy czy przeżyje. Teraz dochodzi do siebie w domu, jeszcze na lekach i pod kontrolą lekarza. Niestety po wypadku stracił czucie w ogonie i będzie trzeba go amputować, kiedy już stan kotka się ustabilizuje. 

Z dziewięciu żyć już na pewno wykorzystał trzy. Następnym razem mógłby nie mieć tyle szczęścia. Nie każdy kot ma tyle szczęścia. Ba! Niewiele kotów ma tyle szczęścia.

Wiecie już jakie koty żyją najdłużej?
NIEWYCHODZĄCE.






16:09

W łóżku z mordercą

W łóżku z mordercą




Kilka lat temu na spacerze z koleżanką znalazłyśmy małego czarnego pieska. Po wybłaganiu przypadkowo spotkanej pani żeby zajęła się tymczasowo psiakiem i przekonaniu znajomych, że oczywiście potrzebują psa - pies uciekł. Szukając go po raz pierwszy trafiłam do schroniska. Pamiętam jak szłam pomiędzy boksami. Te przytknięte do krat nosy. Psy skaczące na siatkę, chcące zwrócić na siebie uwagę i te zrezygnowane, siedzące w kącie. Pamiętam biegnącego w moją stronę małego rudego szczeniaczka, który uciekł z pawilonu jakiejś dziewczynie. Ale najbardziej w pamięci mi utkwił czarno-biały amstaff. Gdzieś w środku coś mi mówiło, że on nigdy stamtąd nie wyjdzie. Że tu zostanie. Bo jest amstaffem. Bo ktoś kiedyś obciął mu uszy. A ktoś inny, jeszcze wcześniej, takim jak on przypiął łatkę zabójcy. Wtedy wiedziałam, że pewnego dnia, gdy już będę dorosła, wybiorę się do schroniska i zabiorę do domu psa, którego nikt nie chce. A dziś wiem, że tego nie zrobię. Nie wybiorę psa w typie rasy uważanej za groźną. Dorosłego. Z nieznaną przeszłością. To on wybrał nas.


Pewnie większość z Was już zna tą historię. Jednak, w nadziei, że grono czytelników ciągle się powiększa, opowiem ją jeszcze raz. Więc jeśli już ją poznałeś możesz śmiało wstać zrobić sobie herbatę, a później przewinąć dalej. :) Na tegoroczną majówkę wybraliśmy się z Łukaszem w okolice Kazimierza Dolnego, na ranczo naszych znajomych. Po prostu do nas przyszła. Podchodziła nieśmiało, zabierała dawane jej smaczki, zakopywała i wracała po jeszcze. Rano okazało się, że noc spędziła na fotelu pod domkiem. Następnego dnia już była bardziej ufna. I od początku najbardziej pokochała Łukasza. Po dojściu do siebie po imprezie zapakowaliśmy ją do samochodu, żeby poszukać jej domu. (Przypomniało mi się, że wsiadłam wtedy do auta bez okularów i w ogóle nie przeszkadzał mi ich brak! Musiałam być serio przejęta. :) Okoliczni mieszkańcy potwierdzili nasze przypuszczenia i rozwiali wszelkie nadzieje na odnalezienie właściciela. Tułała się po tej miejscowości od 3 miesięcy, może nawet dłużej. Dokarmiał ją właściciel miejscowego sklepu. No i co teraz? Szybka kalkulacja. Kto ją weźmie, na ile. Najpierw my, na trochę. Znajomi zeoferowali się zrzucić na Nukową sterylizację. Jak zadzwoniłam do Lubelskiego Animalsa, okazało się, że zrobią to za darmo. Dziękujemy! :))) Więc pieniążki poszły na leczenie i żarcie na start. Sterylka była potrzebna na cito, jeszcze tej samej nocy, kiedy Nuka była u nas po raz pierwszy, dzwoniłam do doktora Przemka z pytaniem czy następnego dnia może ją przyjąć. Ciachał ją prawie, że na urlopie. :) Po sterylce miała u nas zostać tylko do czasu zagojenia rany. Później miała przygarnąć ją Justyna. A jak nie to przecież na pewno znajdziemy jej dom. A ja już wtedy liczyłam na to, że nikt jej nie zechce. Że nie znajdzie się żaden dom. Ogłoszenia były. Oczywiście. Szukaliśmy domu dla Nuki. Na fejsie, na olx. Byli nawet chętni, którym nie szczędziłam opowieści o Nukowych wyczynach. Ochoczo opowiadałam o zjedzonym padzie i trzecim kablu od ładowarki i kennelowej klatce, która zajmuje pół kuchni. Nikt nawet nie zdążył się z nami umówić na zapoznawczy spacer.


Wypisywałam dziś w pracy zaproszenia na szczepienia dla naszych pacjentów. Dziesiątki imion. Dlaczego akurat Nuka? A no, proszę Państwa, dlatego, że wydawało mi się, że Łukasz mi mówił, że jego pies miał na imię Nuka, a ja pomyślałam, że przez ten wzbudzony sentyment łatwiej będzie mi go przekonać żeby ją przygarnąć. Kilka miesięcy później kolega, z miejscowości z której pochodzi Łukasz pytał czy serio tak ją nazwaliśmy, bo u nich do psów woła się " - nuka, nuka ". Coś zamiast naszego "psipsipsi". Ups! ale już się przyjęło, więc właśnie tak ma na imię.


Pierwszego dnia poprosiłam znajomych żeby zapamiętali Nukowe oczy. Wiedziałam, że po pewnym czasie się zmienią. Nabiorą blasku. Właśnie te oczy są doskonałym dowodem na to, że podjęliśmy najlepszą decyzję zabierając ją ze sobą. Ale też to właśnie przez nie najczęściej wraca do mnie pytanie o jej przeszłość. Nigdy nie dowiemy się jak znalazła się w miejscu w którym ją znaleźliśmy. Urodziła się na wolności, została oswojona przez ludzi i błąkała się po wsiach w poszukiwaniu jedzenia? Miała kochających właścicieli, ale przez skłonność do ucieczek wybrała życie na gigancie, a później już nie potrafiła wrócić do domu? Może ktoś za nią tęskni i nie trafiliśmy na swoje ogłoszenia? A może jednak, ci którzy zastanawiają się skąd w nas odwaga do spania z psem o nieznanej przeszłości mają rację? Może ugryzła dziecko, więc ktoś wsadził ją do samochodu i wywiózł? Może śpię z mordercą. Jedno jest pewne. Niczego się nie dowiemy. Nadal uczymy się siebie na wzajem i pracujemy nad zachowaniem. Nie zrezygnujemy. Choćby nie wiem co.



18:03

Biedni bogacze, bogaci biedni

Biedni bogacze, bogaci biedni







Kilkanaście lat temu siedziałam na huśtawce z kuzynką i gdzieś pomiędzy śpiewaniem i wymyślaniem piosenek snułyśmy marzenia o tym co by było gdyby pieniądze rosły na drzewach. Na prawdę. Ile ubranek dla lalek byśmy sobie kupiły. I w ilu wózkach byśmy je woziły.

W domu nigdy niczego nie brakowało. Nie było też nic ponad standard. Byliśmy normalną, przeciętną, (teraz rozumiem, że właśnie dzięki temu) szczęśliwą rodziną. I też dzięki temu pamiętam jak wyglądała moja ukochana zabawka z dzieciństwa. Dzięki temu w ogóle miałam swoją ulubioną zabawkę, niebieskiego zajączka z białym brzuszkiem. I dzięki temu Młoda też miała swoją pluszową myszkę Tusię – i za każdym razem gdy Tusia zginęła był płacz i szukanie w środku nocy, bo Młoda bez Tusi nie zasnęła. Pamiętam niedzielne wyjścia z rodzicami do kościoła, a później lody jedzone nad rzeką i łowienie kijanek do pustych opakowań. Pamiętam sierpniowe zakupy przed rozpoczęciem roku. Sukienkę na przedstawienie w którym grałam Calineczkę, własnoręcznie wykonaną przez mamę. Nawet różyczki z bibułki pamiętam. Strój cyganki na „choinkę” w szkole. Ubranie gospodyni od babci. Chustę od stryjenki. Wymalowane na różowo policzki. Pamiętam jak czekałam na tatę wracającego z pracy. Najpierw wypatrywałyśmy z siostrą samochodu. Liczyłyśmy który należał do niego. A później chowałyśmy się pod kocem. Dzień w dzień. Co dzień zaskoczone, że tata się nie domyśla, że znowu się tam schowałyśmy. Dzień w dzień udawał, że nie.

Kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy nie będę pracować z ludźmi. Za to bardzo chciałam, żeby moja praca była związana ze zwierzętami. Dziś pracuję w lecznicy dla zwierząt. W dziale obsługi klienta. Bo niestety, ale ktoś te zwierzęta przyprowadzać musi. Przez pół roku, pomimo ostrzeżeń koleżanek, absolutnie żaden z klientów nie potraktował mnie w zły, czy nieuprzejmy sposób. Nie licząc tych, którzy nie potrafią powiedzieć dzień dobry, czy dziękuję – ale to drobiazg. Każdą napiętą sytuację potrafiłam rozładować, zanim jeszcze wymknęła się spod kontroli. Myślę, że zawdzięczam to swojemu nastawieniu, podejściu do drugiego człowieka, temu czego uczono mnie w domu i co też teraz powtarza Łukasz – stanowczo, szczerze, ale zawsze z szacunkiem. Dziś pierwszy raz zatrzęsły mi się ręce. Wiecie, wybuchy gorąca i takie tam. Odebrałam niezbyt przyjemny telefon, od kogoś komu wydaje się, że przez to kim jest należy się wszystko. Bo w naszym kraju to jest jeszcze taka komuna – masz nazwisko to możesz wszystko sobie załatwić. Więc Pan X zjechał mnie jak burą kotkę. Bo mógł. Strasząc, że jak chcę mieć spokojny wieczór to lepiej żebym zrobiła to o co prosi. Ja w szoku. Kim do jasnej cholery jest Pan X? A że po pracy wyjątkowo trafiam do rodzinnego domu to żalę się mamie. Bo co się będę martwić sama. Niech się pomartwi kobieta ze mną. I przy okazji pewnie coś wymyśli. Bo gorąca czekolada od Młodej pomogła tylko częściowo. Googlujemy. No okej. I chyba dopiero wtedy schodzi ze mnie ciśnienie. Gość na wysoko postawionej pozycji. Profesor na uniwersytecie. Ktoś kto powinien znać podstawowe zasady kultury. A jednak nie. Jednak zupełnie nikt. Wylał swoje frustracje na dziewczynę z recepcji. Przez telefon oczywiście. Bo osobiście, przy innych ludziach Pan X pokazał, że jednak potrafi przynajmniej udawać miłego człowieka.

W sumie mogłabym Wam powiedzieć kto to. Ale po co. I tak pewnie nie kojarzycie człowieka. Chyba, że tak jak moja mama chcielibyście od razu chwycić za telefon i dzwonić do kancelarii. W każdym bądź razie, ja miałam zepsuty wieczór, Pan X ma zepsute życie – i dzięki temu, że to zrozumiałam teraz nie płaczę. A miałam ochotę. I nie pomogłaby czekolada od Młodej i Nutella od Łukasza, która już na mnie czekała.

I bardzo dobrze, że pieniądze nie rosną na drzewach. Dzięki temu nie wszyscy są takimi burakami. I trochę to zabawne - dzięki tej nieprzyjemnej sytuacji wróciło do mnie tyle pozytywnych wspomnień. 

15:51

Niepowtarzalna okazja do TRESOWANIA!

Niepowtarzalna okazja do TRESOWANIA!



Ostatnia sytuacja z wybiegu. Pani z dwójką psów, plus wózek i kilkumiesięczne dziecko w wózku. Pytam czy mogę wejść, uprzedzam, że moja jest nie do końca ogarnięta, lubi dominować i póki co ciężko radzi sobie z sytuacją w której inne zwierzę nie da się jej podporządkować, więc narazie bawimy się tylko z ogarniętymi psami. Mogę wchodzić. Śmiało! Ogarnięte przecież. Szkolone. Na początku wszystko jak najbardziej super. Drżę tylko na myśl o tym co będzie jak rozpędzona Nuka, albo dwie pozostałe suczki wpadną w wózek. Uprzedzam, że moja biega (ba, galopuje!) szybko i nie patrzy na to co ma po drodze. Nie no, spokojnie mogę spuścić ze smyczy. Pani jest przyzwyczajona. Dziecko również. Aha. Spuszczam swoją, 10 minut słuchania o tym gdzie psy były szkolone, na jakie jeździły zawody i że nie muszę się tak rozglądać, bo na pewno nic się nie stanie. Nagle jatka i obie suczki łapią Nukę z dwóch stron. Ta na szczęście nie spanikowała, stała i patrzyła na mnie, czekając aż ją wyswobodzę. Pani złapała jedną ze swoich, drugą odgoniła. Na co moja zaczęła szczekać. "PANI MA TERAZ NIEPOWTARZALNĄ OKAZJĘ DO TRESOWANIA. PANI JEJ DA SMACZKA ŻEBY SIĘ ZAMKNĘŁA. ALBO ZABAWKĘ."

No cóż. Psy może w końcu by się dogadały. Panie niekoniecznie. :)

Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger