08:42

Dlaczego kot ugniata koc?

Dlaczego kot ugniata koc?


Mogłabym wpatrywać się godzinami na koty w tym stanie. Przypomina to ugniatanie albo wyrabianie ciasta. Mrużą przy tym oczy, czasem głośno mrucząc. Przebierają łapkami na miękkim kocu albo naszych kolanach. Czy jednak wiemy dlaczego tak robią?

Śmiało możemy powiedzieć, że umiejętność ta została przez nich wyssana z mlekiem matki! Jest to instynktowne zachowanie. Chwilę po urodzeniu kocię zaczyna ssać matkę, ugniatając łapkami okolice jej sutków. Ma to spowodować pobudzenie gruczołów mlekowych i produkcję mleka. Dlaczego jednak robią to też dorosłe koty?

Ugniatanie świadczy o poczuciu bezpieczeństwa naszego pupila, a także przywiązaniu do człowieka lub innego zwierzęcia. Podczas udeptywania może zdarzyć się, że kot wysunie pazurki. Nie możemy za to karcić kota, czy spychać go z kolan. Dla kota nasze zachowanie byłoby szokujące, przecież przyszedł żeby okazać nam, że czuje się przy nas bezpieczny! Najlepszym wyjściem będzie skracanie kociakowi pazurów (o ile jest to kot niewychodzący, wychodzącym kotom pazury zostawiamy w spokoju – muszą mieć się czym bronić!). A jeżeli takie zachowanie nam przeszkadza to delikatnie zdejmujemy kota z kolan, po pewnym czasie kot powinien przestać tak robić.

Kiedy kot ssie poduszki, koce, tkaniny

Niektóre koty wraz z udeptywaniem ssą koce, poduszki i różne tkaniny. Jeżeli kot robi to często i uporczywie powinno nas to zaniepokoić. Najczęstszą przyczyną jest zbyt wczesne odebranie od kociej mamy. Zosia, która została wychowana właściwie przez nas (Przeczytacie o tym tutaj: Jak opiekować się kocim oseskiem? Historia Zosi) czasem ssie niektóre materiały. Najlepsze rozwiązanie to pozbycie się, albo przynajmniej odizolowanie od kota, tych rzeczy które wzbudzają w nim takie zachowanie, czyli koców, bluz, pluszowych zabawek. Można też zakupić specjalne środki odstraszające, sami jednak nie musieliśmy ich stosować, bo ssanie Zochy nie jest częste. 

A czy Wasze koty też ugniatają lub ssą tkaniny?

Napiszcie o tym w komentarzu!


14:01

Jak opiekować się kocim oseskiem?

Jak opiekować się kocim oseskiem?


To Zocha po kilku dniach z nami. Kiedy ją znaleźliśmy miała maksymalnie 3 dni i małe szanse na przeżycie bez kociej matki. Każdego dnia zastanawialiśmy się czy dożyje jutra, czy na pewno wszystko robimy dobrze. Przetrząsałam internet w poszukiwaniu informacji na temat wychowania kociego oseska, a dziś dzielę się z Wami tym czego przy Zosi się nauczyłam.

Znalazłem oseska – co dalej?

Pierwsze co powinniśmy zrobić po znalezieniu kociego oseska to rozejrzenie się za jego mamą. Kocice często przenoszą swoje maleństwa w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca. Zosia została znaleziona przez pana ogrodnika w mojej poprzedniej pracy. Mimo że chodziliśmy po całej działce i szukaliśmy kotki lub innych kociąt nie udało się ich odnaleźć. Kiedy kilka dni później trafiliśmy na kotkę z maluchami szybko przeniosła je w inne miejsce i niestety nie udało się im pomóc. Pan ogrodnik trafił zapewne na moment przeprowadzki, kotki przenoszą swoje dzieciaki w zębach, pojedynczo, trzymając je za fałdkę na karku. Po znalezieniu kociaka najlepiej z dala wypatrywać kocią mamę. Nie czekajmy jednak za długo! Jeśli jest zimno bardzo szybko może dojść do wychłodzenia. Jeśli kocię miaucząc nawołuje mamę, a mimo to nie widzimy jej nigdzie w pobliżu, musimy mu jak najszybciej pomóc. Odkarmienie oseska jest szalenie trudne. Idealne rozwiązanie to znalezienie kociej mamki, czyli kocicy która ma albo niedawno miała małe, jest zdrowa i mogłaby wykarmić kolejnego malucha. Nie mamy na to wiele czasu. Najważniejsze jest nakarmienie i ogrzanie malucha.

Czym karmić kociego oseska?

W sprzedaży dostępne są specjalne mleka dla kociąt. My używaliśmy Kitty Milk firmy Beaphar. Przez pierwszą noc nie miałam możliwości zakupienia tego mleka i Zocha dostawała mleko dla niemowląt. Pamiętajcie aby nie podawać oseskowi krowiego mleka! Karmiłam ją wtedy przez strzykawkę, jednak to niebezpieczny sposób, bo może dojść do zachłyśnięcia. Następnego dnia razem z mlekiem kupiliśmy specjalny smoczek i buteleczkę do karmienia. Dziurka w smoczku nie powinna być za duża żeby mleko nie wylewało się z butelki. Nasze smoczki (bo jak maluch miał już siłę to niszczył smoczki! :)) miały takie dziurki, że po przekręceniu butelki powoli tworzyła się kropla mleka. Przez kilka pierwszych prób karmienia osesek może nie chcieć pić ze smoczka. Nie zniechęcaj się! Podczas karmienia kociak musi leżeć na brzuszku, nie trzymaj go odwróconego do góry nogami.

Co ile karmić kociego oseska?

Koci osesek wymaga karmienia co 2-3 godziny. Także w nocy! Po jakimś czasie powinien już sam budzić się i miauczeniem przypominać Ci o sobie. Zosia się nie budziła. Do tej pory pamiętam jak w nocy, przed włączeniem lampki, sięgałam ręką do pudełka. Sprawdzałam czy jest jeszcze ciepła... Bo tak jak wspomniałam na początku wykarmienie takiego maleństwa to ciężka sztuka, jego szanse na przeżycie po stracie kociej mamy znacznie spadają. Na szczęście Zocha za każdym razem, zaraz po kontakcie z dłonią podnosiła alarm. :)

Kiedy wprowadzić pokarm stały?

Kiedy Twoje maleństwo skończy miesiąc możesz zacząć przyzwyczajać je do stałego pokarmu, najpierw podając paszteciki dla kociąt. Karmę suchą wprowadzaliśmy kiedy już dobrze radziła sobie z mokrą. Na początku krokieciki rozmiękczaliśmy wodą. Karmienie Zochy nie było proste! Od początku rzucała się na smoczek jak szalona. Trzeba było pilnować żeby się nie zachłysnęła, a gdy już miała zęby żeby nie odgryzła komuś palca! ;) Na długo jej tak zostało. Gdy była już duża potrafiła wsunąć całą patelnię spaghetti!

Gdzie trzymać kociego oseska?

Maluchy wychowywane przez mamę są ogrzewane przez jej ciało. Naszym zadaniem jest zorganizowanie oseskowi ciepłego i spokojnego miejsca. Może to być kartonowe pudełko wypełnione ciepłymi kocykami, dobrze sprawdzają się też tetrowe pieluszki. Aby zapewnić maluchowi ciepło możemy włożyć do pudełka elektryczną poduszkę ustawioną na najniższą wartość, lub butelkę wypełnioną ciepłą wodą i owiniętą w pieluszkę. Uważajmy, aby nie przesadzić z temperaturą.

O czym jeszcze powinieneś pamiętać?

Kocie mamy po karmieniu myją swoje maluchy, pobudzając w ten sposób ich jelita do pracy. Osesek nie potrafi się jeszcze samodzielnie wypróżniać, musimy mu więc pomóc. Kolistymi ruchami masujemy kociakowi brzuszek, a okolice odbytu delikatnie pocieramy ciepłym wilgotnym wacikiem. Jeżeli cokolwiek nas zaniepokoi powinniśmy od razu udać się do lekarza weterynarii. W przypadku takiego maleństwa często nawet kilka godzin jest decydujące. Z Zochą kilka razy jeździliśmy do przychodni, bo miała problem z wypróżnieniem. Poza tym nie miała większych problemów.



Masz za sobą podobną historię? Chętnie ją poznamy.
Podziel się nią z nami w komentarzu.


09:34

Oddam psa, bo wyjeżdżam

Oddam psa, bo wyjeżdżam

Ostatni tydzień spędziliśmy dość intensywnie. W czwartek bawiliśmy się na weselu w Szczyrku u Madzi i Tomka, a już dwa dni później w Poniatowej u Oli i Piotrka. To była nasza pierwsza dłuższa nieobecność, odkąd mamy psa. Przed wyjazdem zastanawialiśmy się więc dokąd oddamy Nukę.

Na tak długi czas w grę wchodziło tylko miejsce w którym ktoś rzeczywiście by się nią zajmował. Na noc jesteśmy w stanie zostawić ją w hotelu, gdzie psy znajdują się w małych klatkach i są wyprowadzane dwa razy dziennie na szybkie siku, ale dłuższy taki pobyt nie wchodził w grę.

Szukaliśmy więc miejsca, gdzie ktoś rzeczywiście by się nią zajął. Do tej pory jeździła albo do moich albo do Łukasza rodziców. Ale w moim rodzinnym domu jest dziecko, dwa psy i kot. Rodzice pracują na zmiany i strasznie się martwiłam, że nasz łobuz podczas ich nieobecności coś spsoci. Z resztą (głównie przez obecność yorka i kota) przy każdym telefonie, kiedy zostaje u nich pytam, czy niczego nie zagryzł! A u teściów panowała przedślubna gorączka i nie chcieliśmy dokładać kłopotu. Wesele Oli było niedaleko domu i bałam się też, że Nuka w poszukiwaniu nas przeskoczy płot, wpadnie pod samochód i... Dobra koniec czarnych wizji, przecież teraz leży obok mnie!

Obdzwoniłam koleżaki i wszystkie polecone hotele. W psich hotelach, gdzie miejsc jest tylko kilka rezerwacje trzeba robić z miesięcznym wyprzedzeniem! "Łukasz, my nie mamy serio nikogo kto nie ma małych dzieci, albo zwierząt i komu możemy zostawić psa?!" - poddałam się w końcu i zadzwoniłam do Mamy, że jednak będziemy rano! I tak nas tknęło na refleksję. Co by było gdyby rodzice mieszkali daleko. Gdybyśmy już na prawdę nie mieli jej gdzie zostawić. I wiecie co? Pojechalibyśmy z nią rano choćby do Warszawy, gdyby tam znalazł się hotel. Albo zabralibyśmy ją ze sobą w góry.

Dobrze pamiętam telefon od pani, która szukała domu dla psa i miała na to piętnaście minut. Kwadrans, ale za to pies rasowy i ładny! Bez rodowodu, ale taki jak rasowy przecież. Pani była właśnie pod schroniskiem, bardzo zdziwiona, że nie można sobie oddać psa ot tak. No psikus. Dzień wcześniej dowiedziała się, że nie będzie mogła zabrać pieska tam dokąd wyjeżdża. Trochę wierzyłam, trochę nie. Ale jednak współczułam, gdy chwilę po telefonie ze łzami w oczach opowiadała mi, że nie ma rodziny i niestety nikogo kto by się psem zajął. Poinformowałam, że będzie można zadzwonić, zapytać czy znalazł dom. To co usłyszałam w odpowiedzi obdarło mnie w jakichkolwiek złudzeń. "Nie no, nie będę sobie tym zaprzątać głowy". No okej, Pani sobie kupi drugiego. Panią stać przecież. Co tam pies.

Lepiej, że oddała go w taki sposób, niż miałaby wyrzucić gdzieś po drodze. Tak jak ktoś psa, którego widzieliśmy w drodze powrotnej ze Szczyrku. Niestety nie udało się mu pomóc i tak, to był tylko jeden znaleziony pies. Też jestem zdziwiona i mam jeszcze nadzieję, że po prostu na chwilę oddalił się od domu. Oczywiście, że pomiędzy złym a złym, zawsze lepiej wybrać to mniejsze i oddać psa byle gdzie niż wyrzucić. Są też sytuacje, kiedy ktoś na prawdę nie ma wyjścia. Ale nic nie usprawiedliwia ignorancji.

12:37

Przedślubna niespodzianka

Przedślubna niespodzianka


W dzień naszego ślubu, 30 minut przed fryzjerem, Łukasz wyszedł do sklepu. Kiedy przedślubne emocje sięgały już zenitu i starałam się sobie przetłumaczyć, że jeżeli teraz zacznę płakać to będę miała spuchnięte oczy zadzwonił mój telefon. Spomiędzy szczekania naszego psa i jeszcze jakichś odgłosów, usłyszałam jak Łukasz prosi żebym natychmiast wyszła, bo znalazł psa i on nie może przejść z naszym, bo zaraz się pogryzą. W ogóle nie uwierzyłam w tą historię. BYŁAM PEWNA, że przygotowal przedślubny prezent i chce mnie w taki sposób ściągnąć na dół. Poważnie się zdziwiłam kiedy zobaczyłam wielkiego psa bawiącego się z Nuką!

Łukasz odprowadził Nukę na górę, ja zostałam z naszym nowym kolegą, nie bardzo mając pomysl co dalej. Mój ZarazMąż wcisnął mi w ręce klucze i bułkę, mówiąc, że śpieszy się do fryzjera i żebym nakarmiła tę biedę, bo chudy, głodny i nie chce jeść! Zadzwonilam do Kasi z Chełmskiej Straży dla Zwierząt, która też szykowala się na nasz ślub! I dostałam numery do schroniska. Z tego wszystkiego nawet nie pomyślałam, że mogę do nich zadzwonić! Pani mogła przyjechać dopiero za pół godziny, a wtedy byłam już umówiona w salonie fryzjerskim! Znowu zadzwoniłam do Kasi, która podpowiedziała mi, że przecież mogę zaprowadzić psinę do swojej pracy, skąd w końcu psiaka odebrała pani ze schroniska.

Siedząc już u fryzjera dostałam od Kasi screena z wesołą mordką naszej znajdy. Okazało się, że kilka dni wcześniej psiak został adoptowany i uciekł nowym opiekunom, którzy go teraz poszukiwali. Właścicielka odebrała go ze schroniska. Gdybyśmy mieli więcej czasu to pewnie udałoby się ustalić opiekunów i oddać zgubę bezpośrednio właścicielom.

Byłam niesamowicie dumna z Łukasza. Mimo że był to dzień naszego ślubu i czas mieliśmy niemal co do minuty zaplanowany, nie zapomniał co w takiej sytuacji trzeba zrobić. Co prawda, zadzwonił do mnie i kiedy popędził do fryzjera to ja działałam dalej, ale mógł przecież przejść obok tego psa obojętnie, a dzięki niemu jeszcze tego samego dnia wrócił do swoich właścicieli. Później usłyszałam jak mówi, że kiedyś Nuka została znaleziona, a teraz pomogła odnaleźć drogę do domu innemu psu, bo tak właściwie to pies przybiegł do niej, nami nie był zbyt zainteresowany.








11:54

Co Cię nie zabije, to Cię nie zabije #CISZAPODSERCEM

Co Cię nie zabije, to Cię nie zabije #CISZAPODSERCEM




          
 
          Co Cię nie zabije to Cię wzmocni? Kto tak powiedział? Co mnie nie zabija to rozkłada na części, ale z pewnością nie wzmacnia. Kiedy ktoś mi mówi, że cierpienie uszlachetnia we mnie budzi się sprzeciw. Każdy z nas ma swoje ochronne warstwy, które z biegiem czasu są z nas zdzierane. Czasem mam wrażenie, że świat dociera już do rdzenia moich uczuć, a potem okazuje się, że jestem w stanie znieść jeszcze więcej i jeszcze więcej. I znoszę. Ale z bólem nadal oswajam się powoli. Najgorsze lato w moim życiu dobiega końca. Wychodzę z niego poobijana i pozdzierana. Jak nigdy czekam na jesień. Mam w sobie wiarę, że wraz z nią przyjdzie ukojenie.



          Chociaż nie zdarza mi się to już często nie jestem w stanie przewidzieć kiedy znowu pęknę. Wiecie co jest w stanie pozbierać mnie z podłogi, kiedy wyję za dzieckiem wbijając paznokcie w ramiona? Kiedy wydaje mi się, że ten ból się nigdy nie skończy? Myśl, że w tym czasie ktoś zabija całkiem ZDROWE dziecko. Takie mogące żyć i cieszyć się tym życiem. Myśl o wczesnoporonnych tabletkach zamawianych przez internet, branych w domu, nielegalnie. Myśl o tabletkach "po". Myśl o tym, że ludzie idą do łóżka dla przyjemności, a potem pozbywają się PROBLEMU dla wygodnego życia. Myśl, że to dzieje się całkiem blisko. Ta myśl mnie paraliżuje. Sprawia, że czuję się bezsilna. Moja rozpacz nad moim jednym dzieckiem, które nie miało szans na przeżycie wydaje mi się wtedy tylko kroplą w morzu tragedii rozgrywającej się każdego dnia. Jak mam Ci pomóc ocalić dziecko? Mogę tylko spróbować. Jeżeli kiedykolwiek staniesz przed taką decyzją. Jeżeli Twój facet każe wybierać Ci między sobą a dzieckiem. Jeżeli ktoś z bliskich będzie w takiej sytuacji. Pomyśl o tym, czym teraz się z Tobą dzielę.



          Wiesz co zrobiłam, kiedy zobaczyłam Nelę? Byłam sama, w nocy, w szpitalnej łazience. W wielkim szoku, ale doskonale pamiętam to co wtedy zrobiłam. Policzyłam jej paluszki. Może trzy razy, może pięć. Liczyłam w kółko. Miała pięć paluszków w swojej maleńkiej dłoni. Byłam w 12 tygodniu ciąży, ale jej rozwój zatrzymał się w 8-9 tygodniu. 8 tygodniowy płód miał buzię, brzuszek, rączki, nóżki i pięć paluszków w każdej dłoni. A teraz jeszcze raz mi powtórz, że to nie było dziecko. Ostatnio usłyszałam, że ktoś zrobił badania prenatalne, bo w razie gdyby wyszło coś nie tak to po co mu taki KŁOPOT. Kłopot? Czułam jakby mnie ktoś strzelił w twarz.



          A czy jesteście świadomi, że badania prenatalne opierają się na statystykach? Nawet jeśli dostaniecie kilkadziesiąt procent szansy na urodzenie chorego dziecka, ono może być zdrowe. W Islandii 100% kobiet decyduje się na usunięcie dziecka, po przeprowadzeniu badań prenatalnych dających 85% dokładności, że dziecko ma Zespół Downa. Bo w tym kraju to norma. "Pozbyliśmy się zespołu Downa ze społeczeństwa" - to słowa Kariego Steffansona, genetyka. Nikt się nie zastanawia, czy robi dobrze, bo tak robią wszyscy. Czy Polaków też to czeka?



          Lekarz dwa razy dopytywał czy na pewno nie zdecyduję się na badania prenatalne. "Czy te badania będą mogły pomóc dziecku?" - zapytałam w końcu. "Dziecku nie." - usłyszałam w odpowiedzi. Skoro lekarz, osoba kompetentna, wzbudzająca zaufanie (Na początku przygody z lekarzami, bo po jakimś czasie przekonujecie się sami, że nikomu się nie powinno ufać.) daje mi jasno do zrozumienia, że jeśli coś wyjdzie nie tak to wyskrobiemy i po temacie, to dlaczego mam myśleć, że to jest złe? Jeżeli nie mam moralnego kręgosłupa, wpajanego od dziecka, dlaczego mam nie posłuchać lekarza? Który przecież po to tam siedzi, żeby mnie chronić. Mnie i DZIECKO!!! Dla mnie było jasne, że choćby było śmiertelnie chore to ja je urodzę. Ale ja wierzyłam. Wierzyłam, że dziecku nic nie jest. Tego dnia, gdy dowiedziałam się, że noszę martwe dziecko, mieliśmy kupić wózek. Czekaliśmy tylko żeby dowiedzieć się, czy nie potrzebujemy większej bryki, bo może to bliźniaki! Myślałam, że miłość wystarczy. Że dziecko trzeba tylko chcieć i kochać. Więc chciałam i kochałam. Ale nasza miłość nie wystarczyła. Tak samo jak Twoje niechcenie nie wystarczy, żeby go nie mieć. A idąc z kimś do łóżka świadomie bierzesz na siebie odpowiedzialność za człowieka, którego możecie stworzyć. Nie ważne czy chcianego, czy nie. Czy chorego, czy nie. On ma prawo do życia.



          Tabletki, które dostałam na wywołanie poronienia (bo mój organizm nie ogarniał jeszcze długo, że dziecko nie żyje), to te same, które bierze się w przypadku planowanej aborcji. Czułam pustkę. Czułam się tak, jakby ktoś wydarł część mnie. Nadal to czuję. Już nie zawsze, ale nadal mi się zdarza. Wstając rano. Idąc do sklepu. Jadąc autobusem. Noszę tę pustkę. Jak to jest czuć po nich ulgę?! Nie mów mi jeżeli zabijesz swoje dziecko, ale jeżeli jeszcze możemy mu pomóc napisz. Powiem Ci gdzie je oddać, co zrobić i pomogę wszystko ogarnąć. Ty tylko pozwól mu żyć. Na chwilę zapomnij o sobie.



          My za często myślimy o sobie. Czekając na badania genetyczne, miałam przeczucie, że to właśnie Zespół Downa był przyczyną obumarcia ciąży. I wiecie co? Na początku się bałam, że jeżeli to właśnie ta wada to już nigdy nie zdecyduję się na dziecko. Głupia ja. Człowiek się boi nieznanego. Niewygodnego. Takiego co to nie pasuje do obecnie panujących norm. Ale kto powiedział, że nasze normy są dobre?!



          Wada Neli była zupełnie inna, przypadkowa i nie dziedziczna. Z taką wadą rodzi się 1-2% dzieci, które przeżywają do maksymalnie 5 miesiąca. Gdyby to był Zespół Downa to byłoby większe prawdopodobieństwo, że byłaby z nami. Dlatego nie mów mi, że dobrze, że się tak stało. Dobrze, że nie urodziłam chorego. Bo nawet nie wiesz ile oddałabym żeby nasza dziewczynka nadal rozwijała się w moim brzuchu. Właśnie teraz zaczynałabym ją czuć.


Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger