17:06

Latawiec

Latawiec


Minęły dwa tygodnie. Pierwszych dni prawie nie pamiętam. Widać tak poradziła sobie moja psychika, ale skoro kiedyś potrafiła wyprzeć z głowy kilka lat nieudanego związku, nic dziwnego, że poradziła sobie z tygodniem spędzonym w szpitalu. Problem w tym, że zaczyna wypierać cały okres ciąży. Z trudem łapię urywki wspomnień. Może kiedyś do mnie wrócą. Taką mam nadzieję. Teraz jest trudniej. Do głowy przychodzą przeróżne myśli, od tego czy to przez złe odżywianie, po te, że może byłabym złą matką. Wiem, że to niedorzeczne, wiem, że statystycznie to nawet nie była tragedia, tylko norma. Ale wydaje mi się zupełnie normalne, że mimo, że każdego dnia uczę się nie pytać "dlaczego" to pytanie wciąż do mnie powraca. Nie wiem czy byłabym dobrą matką. Jedno jest pewne - dla następnego dziecka będę lepsza niż byłabym teraz.

Wczoraj byliśmy na przedmałżeńskich naukach i nie mogłam się oprzeć myśli, że przecież mieliśmy tam być WE TROJE. To był taki przełomowy dzień. Koleżanka, która nie wiedziała zapytała jak się czuję i pierwszy raz nie wiedziałam co odpowiedzieć, żeby nie zacząć płakać, chociaż wcześniej, kiedy sąsiadka zapytała mnie głaskając po brzuchu czy rośniemy, potrafiłam z uśmiechem powiedzieć, że niestety brzuszek jest pusty. Zaczęłam widzieć te wszystkie dzieci. Pyzate łapki wystające z gondoli. Różowe kocyki. Lalki - bo już wiem, że mielibyśmy córeczkę. Wracając ze spaceru, minęliśmy z Łukaszem chłopca z tatą, lub dziadkiem, puszczających, a raczej próbujących, puścić latawiec. Kolorowy motyl na sznurku i mały blondynek w błękitnej koszulce - my też mogliśmy za kilka lat wychodzić na spacery z Nelą, puszczać latawce, śmiać się i cieszyć z siebie. Maluch skakał do latawca, nie mogąc się doczekać aż ten zacznie szybować, może chciał pomóc w rozplątywaniu sznurka. Ten miły obrazek popsuły słowa opiekuna: "Co robisz durniu? Zostaw. Przestań." W końcu całkowita rezygnacja i prychnięcie "A idź Ty". Dziecko nie wyglądało jakby coś sobie z tych słów robiło, nadal skakało i wydawało z siebie dziwne odgłosy. "On jeszcze nie mówi?" - zapytał mnie Łukasz. W sumie już chyba powinien, wyglądał na zdrowego czterolatka.

Pomyślałam, że ja bym była najcierpliwsza na świecie, gdyby tylko Nela była z nami. Odpowiadałabym codziennie na tysiące pytań. Tłumaczyłabym dlaczego niebo jest niebieskie, dlaczego kwitną kwiatki, dlaczego cokolwiek. Zrobiłabym wszystko. Byle tylko tu była, rosła nadal. Ale tak na prawdę to nie mogę wiedzieć jaka bym była. Wiem jaką byłam dziewczyną, narzeczoną, koleżanką, córką i wnuczką. I wiem, że nie byłam najlepsza, a już z pewnością nie najcierpliwsza. Ten świat pędzi. Patrząc na piękne instagramowe zdjęcia znajomych rośnie w nas frustracja, że my nie potrafimy się zorganizować, ugotować obiadu, posprzątać mieszkania, poukładać w szafie (chociaż myślimy o tym codziennie), a co dopiero poukładać to wszystko i przez cały dzień wszystkiemu robić zdjęcia. Denerwuje nas praca. Wymagający coraz więcej szef. Niskie zarobki. Ile razy pomyślałeś ledwo otwierając oczy, a potem jeszcze raz, kiedy myłeś zęby, że jak tylko wrócisz to się położysz do łóżka? Przespałam kilka lat. Bo mi się nie chciało. Ale nie chciało mi się, nie tylko z lenistwa. Nie chciało mi się, bo nie widziałam sensu w swoim życiu.

Byłam też, chociaż nigdy nikt tego nie stwierdził, uzależniona od internetu. Od internetowych znajomości. Od czatów i portalów społecznościowych. W pewnym momencie, kiedy kogoś poznawałam wystarczyło, że cokolwiek mi w tej osobie nie pasowało i zrywałam kontakt - bo przecież na świecie jest tysiące ludzi, poznam sobie kogoś fajniejszego. Jedyne czym można było sobie zasłużyć na moją uwagę to niedostępność. Teraz wiem, że podświadomie chroniłam samą siebie. Tak było bezpieczniej. Cierpiałam, ale sama sobie ten ból dawkowałam, od nikogo nie był uzależniony. Zawsze mi się wydawało, że jestem typem samotnika, introwertyka, że swoje baterie ładuję w domu, a ludzie mnie męczą. Problem w tym, że nie ładowałam ich nigdzie, bo w głębi duszy na prawdę bardzo potrzebowałam towarzystwa, ale chyba nie miałam do ludzi cierpliwości. Serca nie miałam do ludzi.

Nie potrafiłam się cieszyć obecną chwilą. Zawsze wyprzedzałam ją myślami, albo wracałam do wspomnień. Siedząc z dziadkami, nie potrafiłam skupić się na rozmowie, myślałam, że są już w sile wieku i chyba trzeba ich częściej odwiedzać. Myślałam tak od kilku lat i nadal cieszą się zdrowiem, więc widzicie jakie to jest bezzasadne. Pamiętam, jak siedzieliśmy w salonie, a ja nie mogłam się doczekać aż wrócę do siebie na górę. Do internetu. Do tych rozmów o wszystkim i o niczym.



Kiedy straciłam ciążę świat nie zatrzymał się nawet na moment, ale ja stanęłam w miejscu. Na mszy widziałam czekającego na tatę chłopca, dłonie, które się złapały, zupełnie tak jakbym miała zrobić im zdjęcie. Widziałam przestraszoną, przechodzącym księdzem dziewczynkę, mocno wtulającą się w mamę, jej maleńkie rączki. Widziałam dziewczynkę, otulającą z troską śpiącą siostrę kocykiem. Nie wiem czy, gdybym nie przeżyła tego co przeżyłam, potrafiłabym to dostrzec.

Wiem, że teraz mimo, że z pękniętym sercem, cieszę się każdą chwilą. Potrafię docenić więcej. Wychodzę z Łukaszem na spacery. Pytam czy wyjdziemy ze znajomymi. Wreszcie WYSZŁAM do ludzi. A kiedy z nimi jestem to nie tylko po to żeby na chwilę zapomnieć o wszystkim co w tym życiu irytuje, ale żeby na prawdę z nimi BYĆ. Podczas, gdy byłam w szpitalu, odebrałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którym powiedziałam co nas spotkało. Od wielu znajomych i nieznajomych otrzymałam niesamowite wsparcie, zarówno w modlitwie jak w słowach pocieszenia. I pierwszy raz na prawdę chciałam tych słów, a może byłam w stanie się przyznać przed samą sobą, że ich potrzebuję.

Wiadomo, po tylu latach utartych schematów to wszystko nie jest takie proste. Ale teraz nie marudzę kiedy Łukasz chce herbatę, idę ją zrobić i cieszę się, że mam komu. Kiedy wychodzi z psem, pytam czy pójść z nimi. Kiedy ja wychodzę, pytam czy może iść ze mną. Znów czytam książki przy nim, kiedy pracuje, zamiast iść do drugiego pokoju. Znów mówi, że mnie kocha, bo teraz się mnie da kochać. Bo ja się daję kochać. Nadal zdarza mi się krzyczeć, ale przepraszam, kiedy tylko widzę jego zawiedziony wzrok i to już nie jest takie przepraszam z dupy, jak kiedyś, tylko teraz na prawdę mi głupio.

Dałabym wszystko żeby zawrócić czas i móc nadal mieć Nelkę pod sercem, w grudniu nie mieścić się za wigilijnym stołem, a w styczniu wrócić z nią ze szpitala. Ale gdybym cofnęła czas i wiedziałabym, że historia znów się powtórzy, nie zmieniłabym nic. To była dla mnie najważniejsza lekcja w życiu i chociaż teraz boli, jestem wdzięczna, że było mi dane ją przejść. Bo Nela jest. Teraz mam nadzieję ze swoimi pradziadkami, a kiedyś, wierzę, wszyscy się z nią spotkamy.

Dostałam dziś od znajomej maila z wierszem księdza Twardowskiego:

Nie płacz w liście,

nie pisz, że los Ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij, popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia podobne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij, że jesteś, kiedy mówisz, że kochasz.

Ja już chyba wiem co jest za tym oknem. Za tym oknem jest świat. Moja cierpliwość, kiedy tak na prawdę trafia mnie szlag. Moje "nie chce mi się", ale widzę, że Ci zależy, więc zrobię. Moje wszystko czego nie mogę dać dziecku, którego tak pragnęłam, a co mogłabym pominąć gdyby się urodziło.

Jeżeli też przeraża Cię ten ciągły pęd, jeśli też tak jak ja kiedyś nie lubisz ludzi, jeżeli pielęgnujesz swoją samotnię, ciągle jesteś zdenerwowany i najchętniej nie wychodziłbyś z łóżka, zatrzymaj się na chwilę, rozejrzyj dookoła i pomysl, że może tak na prawdę nie chcesz być sam, chciałbyś wyjść, coś zrobić, tylko boisz się żyć. Uświadomienie sobie tego to już pierwszy krok do otwarcia się na świat. Życzę Ci, żebyś nie potrzebował żadnej tragedii do tego olśnienia.

06:17

Cisza pod sercem

Cisza pod sercem
Wiedziałam, że są w życiu takie rzeczy i słowa, po których następnego dnia nic już nie jest takie jak wczoraj. Twoje podejście do życia, Twoje marzenia, Twoje myśli.

Wiedziałam też, że nieszczęścia się zdarzają. Myślałam tylko, że nie w mojej rodzinie. Nie moim bliskim. A przede wszystkim nie mi. Tak jak każda dziewczyna miałam na koncie kilka smutnych historii. Kogoś chciałam. Ktoś mnie nie chciał. Ktoś się źle zachował. Ale ból złamanego serca, albo urażonej dumy z upływem czasu mijał. A ból, który towarzyszy mi teraz jest tym bólem który trzeba oswoić, nauczyć się z nim żyć, żeby nie zwariować, a z biegiem czasu przekuć w coś dobrego. Chociaż teraz to się wydaje niewykonalne.

Od dwóch lat miałam wszystko. Kochającego mężczyznę. Poczucie bezpieczeństwa. Marzenia o domku, ogrodzie i dziecku. Wiele z Was wie o mojej ciąży z bloga albo instagrama, dlatego postanowiłam napisać tutaj co nas spotkało. Dziś nasz Okruszek jest już w niebie. Mi pozostała niezrozumiała tęsknota za tym czego nie było nam razem dane doświadczyć, ale też sama stałam się zupełnie inną osobą.

Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście niemal skakałam z radości. Udało nam się za pierwszym razem, a ja tak bardzo pragnęłam dziecka. Kiedy teraz o tym myślę, zastanawiam się co by było gdybym pomyślała wcześniej. Gdybym zrobiła badania przed planowaniem ciąży. Czy to by coś dało? Czy by pomogło? Przede wszystkim zastanawiałam się czy żałuję, że zaczęłam prowadzić kalendarzyk, że zaczęłam oczekiwać tego dziecka, że może w innym dniu wszystko byłoby inaczej, a teraz pisałabym o nowym wózku. Teraz wiem, że nie żałuję. Gdyby nie ta ciąża nie poznałabym naszego Aniołka. A przecież on jest. Od samego początku był przez nas kochany, wyczekiwany przez dziadków, ciocie i znajomych.

Nie żałuję też, że podzieliłam się tą radosną nowiną ze wszystkimi. Nie potrafiłabym udawać, że nigdy nie byłam w ciąży, że nie było takiego dziecka, że nic się nie stało. I chociaż teraz nie ma go już z nami, a przyjmowanie gratulacji i tłumaczenie każdemu co się stało jest trudne, nie żałuję. "Gromadźcie sobie skarby w niebie." - usłyszałam wczoraj na mszy zdanie z Pisma Świętego. Zdanie, które towarzyszyło mi cały poprzedni tydzień. Nasz Skarb jest w niebie i czeka tam na nas.

W tym wszystkim najgorsza była niewiedza. Kiedy w pracowni USG mój świat runął w gruzach lekarz, jeszcze mnie badając, odebrał telefon gratulując komuś tygodnia ciąży, którego ja nawet nie doczekałam. "Mamy problem" - usłyszałam, zaraz po tym jak sama miałam złe przeczucie patrząc na czarny ekran i maleństwo, którego nie podświetlał żaden kolor. I że to się zdarza, że to jest selekcja naturalna, że następnym razem się uda. Całą resztę musiałam poukładać sobie w głowie sama.

Pamiętam jak siedziałam na tym łóżku i patrzyłam na Łukasza po drugiej stronie sali. I jeszcze miałam nadzieję. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że zanim podejdę do niego i zanim mnie przytuli, ktoś powie, że zepsuł się aparat do USG, że to obraz poprzedniej pacjentki, albo w ogóle jakieś niewiadomoco. Ale nie. Wstałam i rozpłakałam się na dobre w jego ramionach. 

Dostałam skierowanie do szpitala. "Prawdopodobnie farmakologicznie. Można czekać w domu, ale niewiadomo jak psychicznie to Pani zniesie. Lepiej w szpitalu." Nikt mi nie powidział jak będzie to wyglądać. Bardzo chciałam zabieg. Nie rozumiałam dlaczego mam znosić to sama. Jakie tabletki? Świat mi się kończy, a my na co czekamy? Płakałam całą noc i jeszcze trzy godziny na izbie przyjęć rano. Byliśmy z Łukaszem i moimi rodzicami pierwsi, jeszcze przed 8:00, ale czekaliśmy w kolejce, kiedy do pokoju przyjęć po kolei wchodziły kobiety w ciąży. Pomyślałam, że przecież straciłam przywilej pierwszeństwa... Z gabinetu KTG dobiegało bicie serduszka. Chciałam wrócić do łóżka i wyć dalej, a musiałam patrzeć na kobiety z brzuszkami. Dlaczego dla kobiet, które straciły dzieci nie ma oddzielnych miejsc?! "Pani się denerwuje?" - usłyszałam, kiedy pielęgniarka badała mi tętno. Na drzwiach kartka informująca o tym, że z powodu panujących wizyt nie ma możliwości odwiedzin. Ekstra. Żegnałam się z nimi, myśląc, że następne kilka dni spędzę sama. Okazało się, że mogą iść ze mną wszyscy.

W szpitalu położne wzięły mnie pod ręce i powiedziały, że dostanę łóżko, ale muszę poczekać aż się zwolni. Póki co dostałam leżankę na korytarzu. Mama poprosiła o rozmowę z psycholog, bo szpital ma taką możliwość. Ale nie było nikogo na moim oddziale, więc wezwali kogoś z góry, z położniczego. Psycholog chyba nie bardzo wiedziała co ma mi powiedzieć, mówiła o przyszłości i o tym, że czasem tak jest, że organizm czuje, kiedy matka nie jest gotowa na dziecko. To tak jakby odeszło, bo niewystarczająco mocno je chciałam? Opowiadała też jak tłumaczy matkom, które urodziły, że to są ich dzieci. Bo one są w szoku, bo nie mogą uwierzyć, bo przecież przed chwilą były w brzuchu, bo czasem ich nie chcą. Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby przyniosła mi takie dziecko, bo ja na pewno byłabym w stanie je chcieć. Ale chociaż czas minął mi szybciej, a zaraz później zostałam wezwana na badanie USG, któro miało potwierdzić diagnozę. I potwierdziło. Chociaż jeszcze przez chwilę wierzyłam, że może nie.

Mimo, że opieka była na prawdę wspaniała dalej nikt mi nie powiedział na co ja mam się szykować. Jedni mówili, że będzie tak, inni, że inaczej. Wbrew wszystkiemu nie było najgorzej. Dostałam łóżko w dwuosobowej sali, z panią w podobnej do mojej sytuacji. Gdyby tylko ktoś wcześniej mi powiedział, że jak to będzie stresowałabym się mniej. Łukasz cały czas mógł być przy mnie. W najgorszych momentach trzymał mnie za rękę. Poprosił pielęgniarki o coś przeciwbólowego. "To jeszcze nie jest ból" - powiedziała jedna z nich, a on mi to powtórzył! Ale po kroplówce było dużo lepiej i na prawdę nie bolało. Nikt nie robił problemów z odwiedzinami. Łukasz przychodził rano, w nocy sama wyganiałam go, żeby się wyspał w domu.

W tamtych momentach pragnęłam tylko, żeby maleństwo było z szacunkiem pochowane. Tylko tak je mogłam teraz ocalić. Chyba to dało mi siłę na przetrwanie, bo zadziwiłam i bliskich i nawet samą siebie, znosząc to wszystko tak dzielnie. Nie każda kobieta w takiej sytuacji wie, że istnieje możliwość pochowania Aniołka, bez względu na czas trwania ciąży. Każdy szpital ma obowiązek zapewnić kobiecie taką możliwość, ale nie każdy o tym informuje. My akurat i wiedzieliśmy i lekarz od razu nas o tym poinformował. Chociaż uważam, że powinnam dostać tę informację zaraz po pierwszym badaniu USG, wraz ze skierowaniem do szpitala.

Teraz jestem już w domu. Uczę się żyć na nowo. Z pustym brzuszkiem. Tysiące myśli codziennie przebiega mi przez głowę, najwięcej wieczorem, tuż przed snem. Ale przecież jeszcze będzie dobrze.

Mam nadzieję, że żadna z Was nie znajdzie się w takiej sytuacji, ale gdyby ktoś z Was jej jednak potrzebował to jestem i pomogę na tyle ile będę mogła, udzielając informacji lub chociaż wspierając.


07:49

Zrobiłbyś to dziecku? Nie rób tego swojemu psu.

Zrobiłbyś to dziecku? Nie rób tego swojemu psu.


Ile razy wszedłeś do sklepu tylko po bułki, śmietanę lub butelkę gazowanego napoju, a utknąłeś przy półce z gazetami, lub postanowiłeś nagle zrobić też zakupy na obiad? Ja przynajmniej milion. Jeśli wejdziemy razem do sklepu i Ci się zawieruszę, to możesz być pewny, że znajdziesz mnie przy stoisku z książkami. W tym miejscu byłabym w stanie zapomnieć, że na parkingu w coraz bardziej rozgrzanym samochodzie został fotelik ze śpiącym dzieckiem, albo pies na przednim siedzeniu. I to szczególnie wtedy, gdy byłby to wyjątek. Nie mów, że Tobie by się to nie zdarzyło. W dzisiejszych czasach jesteśmy tak zabiegani i tyle mamy na głowie, że otwierając lodówkę nie pamiętamy po co do niej sięgamy, idąc do pokoju, nie wiemy co chcemy z niego zabrać. Nie ma tłumaczenia, że do sklepu wchodzę tylko NA CHWILĘ. Nigdy nie wiesz, czy ta chwila się nie przedłuży i jakie konsekwencje będą się za tym niosły.

Pamiętacie głośną historię, gdzie tata zapomniał zajechać do żłobka i dziecko spędziło kilka godzin w aucie, podczas gdy on był w pracy? Maleństwa nie udało się uratować. Jeden błąd. Samochód w kilkadziesiąt minut stał się trumną. Zapomnienie się kosztowało życie.

NIE BĄDŹ OBOJĘTNY – REAGUJ

Osobiście pozostałabym wdzięczna do końca życia komuś, kto wybiłby szybę ratując moje dziecko czy psa. Pozostawienie kogoś tak bezbronnego w samochodzie to głupota opiekuna, ale jeżeli jesteś świadkiem takiej sytuacji to już Twoja odpowiedzialność.

Po pierwsze, sprawdź w jakim stanie jest pies/dziecko. Jeżeli jeszcze może poczekać wezwij policję dzwoniąc pod 112 lub 997. Pamiętaj jednak, że liczą się sekundy. Przy temperaturze powyżej 30*C po 20 minutach w samochodzie jest już 50*C, po kolejnych 20 minutach wzrasta do 60*C. A w pełnym słońcu niebezpieczna jest już temperatura 20*C. Eksperyment vlogera Siema TV pokazał, że godzina dla dorosłego mężczyzny w rozgrzanym samochodzie, jest na prawdę męcząca - Zamknął się w samochodzie podczas upału na godzinę. Pamiętajcie, że małe dziecko wpadając w panikę i płacząc wyniszcza w takiej sytuacji swój organizm jeszcze bardziej. Psy nie pocą się, więc mogą się wentylować jedynie ziejąc.

Jeżeli sytuacja dzieje się np. pod marketem, możesz poprosić obsługę sklepu o zawołanie właściciela samochodu przez megafon. Jeśli nie możesz czekać na pomoc, poinformuj policję, że zamierzasz uratować życie psu/dziecku wybijając szybę, z powodu bezpośredniego zagrożenia utraty przez nie zdrowia lub życia. Tutaj znajdziemy film o tym jak bezpiecznie wybić szybę w aucie, w którym znajdują się poszkodowani: Wypadek, wybijanie szyb w pojeździe z uwięzionym poszkodowanym.

W wywiadzie z prawnikiem (Rozmowa z adwokatem Katarzyną Topczewskączytamy, że możemy to zrobić bez żadnych konsekwencji, ratujemy bowiem wartość wyższą niż szyba: życie. Mimo wszystko, aby uchronić się od potencjalnych konsekwencji, czy uznania nas za wandali, jeżeli tylko mamy taką możliwość nagrajmy zaistniałą sytuację i zbierzmy świadków, którzy będą mogli potwierdzić, że pies lub dziecko, wymagało natychmiastowej pomocy. 



Nie popełnia przestępstwa, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego jakiemukolwiek dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone przedstawia wartość niższą od dobra ratowanego. Nie popełnia przestępstwa także ten, kto, ratując dobro chronione prawem w warunkach ww. określonych, poświęca dobro, które nie przedstawia wartości oczywiście wyższej od dobra ratowanego.W razie przekroczenia granic stanu wyższej konieczności, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia. Nie stosuje się nadzwyczajnego złagodzenia kary, jeżeli sprawca poświęca dobro, które ma szczególny obowiązek chronić nawet z narażeniem się na niebezpieczeństwo osobiste. Art. 26 kodeksu karnego


Kto zniszczył lub uszkodził cudzą rzecz albo zabił lub zranił cudze zwierzę w celu odwrócenia od siebie lub od innych niebezpieczeństwa grożącego bezpośrednio od tej rzeczy lub zwierzęcia, ten nie jest odpowiedzialny za wynikłą stąd szkodę, jeżeli niebezpieczeństwa sam nie wywołał, a niebezpieczeństwu nie można było inaczej zapobiec i jeżeli ratowane dobro jest oczywiście ważniejsze aniżeli dobro naruszone.Art. 424 kodeksu cywilnego


A Ty?
Widzialeś zamkniętego psa lub dziecko w aucie? Co zrobiłeś?
Co zrobisz, jeżeli znajdziesz się w takiej sytuacji?


17:20

TO NASZ OSTATNI SPACER, czyli metody wychowawcze w ciąży

TO NASZ OSTATNI SPACER, czyli metody wychowawcze w ciąży

Są momenty kiedy przymykasz oko na wszystkie metody wychowawcze jakie podsunęła Ci znajoma behawiorystka i jesteś w stanie zrobić dla psa wszystko, byle tylko ruszył się z miejsca. Na przykład jak autobus odjeżdża za 15 minut, masz wizytę u lekarza za pół godziny i wstałaś specjalnie wcześniej żeby pies pospacerował dłużej. Albo jak tak Cię ścięło, że jak nie położysz się zaraz już to umrzesz temu psu na kostce pod blokiem. I to wcale nie alkohol. Mówisz więc swojemu upartemu psu różne dziwne rzeczy. Nadal nie reaguje, za to macie już zbiorowisko gapiów, ale właściwie jest Ci wszystko jedno, byle tylko kundel zaczął podążać w stronę domu.

Trochę ją sobie tak źle wychowaliśmy, a trochę to zasługa przeszłości na gigancie. Coraz częściej mam wrażenie, że nikt jej nie wyrzucił. Myślę, że po prostu znudzili jej się starzy i któregoś dnia sobie wyszła. A my jej odebraliśmy wolność, więc teraz się buntuje. Na początku kiedy nie chciała iść do domu skakała na nas, łapała za torbę, siatkę, smycz, cokolwiek co mieliśmy w ręce. Zobaczyła jednak, że za każdym razem odwracamy się wtedy i nie reagujemy, więc obrała inną taktykę. Od tamtej pory, gdy trasa spaceru nie idzie po jej myśli kładzie się na ziemi. Czasem pomagało kiedy udawałam, że idę tam gdzie chce, robiłam kółko w miejscu i mogłam udać się w wybranym kierunku. Teraz już nie ma tak łatwo.

Wyłożyła mi się najpierw przy placu zabaw. Według poradników, których pochłonęłam już kilkadziesiąt powinnam niewzruszenie oddalić się od niej i zaczekać aż zacznie mnie szukać. Gdybym się oddaliła, wcześniej odpinając smycz, szukałabym to ja jej. Więc najpierw przypięłam smycz do siatki placu i powolutku oddaliłam się za najbliższy blok. Policzyłam do dwudziestu. Wróciłam. Myślisz, że się ruszyła chociaż?

Po powrocie od lekarza wyszłyśmy znowu. Chociaż byłam bardzo zmęczona, szczególnie, że dwa autobusy z rzędu nie przyjechały. Kiedy jesteś sama w domu z psem, ciąża to nie wymówka. Nie ma przeproś. Miałam tylko nadzieję, że teraz wychodzimy na szybkie siku, ja wracam do łóżka, a jak już zregeneruje siły to wieczorem wyjdziemy na wybieg (albo Łukasz wyjdzie <3 ). Już, już zmierzałyśmy w stronę bloku, gdy podeszła do nas mała dziewczynka. Wytłumaczyłam z której strony podchodzi się do pieska, gdzie można go głaskać i jak ma na imię. Nuce spodobało się tak bardzo, że znowu postanowiła się położyć. Dziewczynka odeszła, ja zostałam z leżącym psem. Mówię "no chodź!" Zerwała się na nogi. Ja zdziwiona, ale ucieszona. Okej, idziemy! Okazało się, że za mną stał inny pies i już po chwili leżała znowu.

Niby to nic takiego, pewnie pomyślisz, że wystarczy pociągnąć za smycz, kazać jej wstać i wrócić do domu. Nasz pies jest po prostu cholernie inteligenty i z nią nie ma tak lekko. Wcześniej mało wychowawczo brałam ją pod pachę i stawiałam na nogi. Zazwyczaj wtedy już nie stawiała oporów. Teraz, ze względu na ciążę, nie mogę dźwigać, więc zostało mi tylko zapobieganie takiego zachowania, czyli rozglądam się za psem do którego chciałaby podejść i zwracam jej uwagę na siebie, zanim się położy. Dzisiaj nie zdążyłam. Już tak bardzo chciało mi się do domu, psu się bardzo chciało zostać. I co robić?

"Chodź to Ci coś dam". Oczywiście, że w takiej sytuacji akurat nie mam nic. Jak coś mam to raczej udaje mi się zapobiec takiemu zachowaniu. "Chodź, zobacz gdzie jest Jerzy". Na początku pomagało, teraz już wie, że oszukuję i wcale Jerzego nie ma tam gdzie mówię, że jest. "To jest nasz ostatni spacer, obiecuję". Obiecanki, cacanki. Przecież ani nie zostawię jej na środku osiedla, ani nie odwiozę pod bramę schroniska.

Mnie już bardzo mdli i ogólnie to bym sobie może znów zemdlała. Wtedy się ruszy? Albo chociaż ktoś ją za mnie przeciągnie pod dom, a ja się wreszcie będę mogła przespać. Nagle mam! Mama mia! Podnieść nie podniosę, ale przecież jak uszczypnę w tyłek to z pewnością wstanie! Uszczypnęłam.... więc mnie ugryzła. Lekko, bo lekko, ale wstała od razu. Nawet się na mnie nie spojrzała. Na trzy psy, które mijaliśmy też nie. Słowem się do niej nie odezwałam. Sama ogarnęła, że przegięła.

12:16

TOKSOPLAZMOZA - nie taki kot straszny jak go malują

TOKSOPLAZMOZA - nie taki kot straszny jak go malują



"Pozbądź się kotów! Oddaj psa! Zwierzęta przenoszą choroby! Nie boisz się?" - Ile razy usłyszałaś to będąc w ciąży lub ją planując? Na początku przyszłego roku nasza gromadka się powiększy. Z pewnością domyślacie się, że przy psie i dwóch kotach, na pomysł abyśmy je oddali wpadli niemal wszyscy, z którymi tą radosną nowiną się podzieliliśmy.


Zastanawiałam się długo w jaki sposób i kiedy o mojej ciąży napisać na blogu. Temat o toksoplazmozie wydał mi się strzałem w dziesiątkę, szczególnie, że Łukasz powiedział, kiedy wpadłam na pomysł takiego wpisu, że zamiast wdawać się w głupie dyskusje będziemy mogli podrzucić tylko link do mojego bloga.

CO DO TOKSOPLAZMOZY MA KOT I JAK JESZCZE MOŻEMY SIĘ ZARAZIĆ?

Toksoplazmozę przechodzi ponad 50% ludzi, z czego większość zupełnie nieświadomie, choroba ta przebiega bowiem bezobjawowo. Zdarza się, że przypomina grypę - podwyższona temperatura, ból głowy i powiększenie węzłów chłonnych. Nie niesie ze sobą zagrożenia dla kobiety, a raz przebyta uodparnia na zarażenie pasożytem Toxoplasma gondii na całe życie, podobnie jak ospa. Toksoplazmoza może być jednak niezwykle niebezpieczna dla dziecka noszonego w brzuchu. Szczególnie w pierwszych miesiącach ciąży.

Pasożyt Toxoplasma do rozwoju potrzebuje dwóch żywicieli:
  • pośredniego, może być nim człowiek, jak i wiele gatunków zwierząt
  • ostatecznego, którym są kotowate (w tym koty domowe). Pasożyt przechodzi pełen cykl rozwojowy wyłącznie u kotowatych, u których rozmnaża się płciowo.

Jak kot może zarazić się toksoplazmozą?
  • zjadając zakażonego nosiciela - mysz lub szczura
  • zjadając surowe zainfekowane mięso

Jak wygląda przebieg toksoplazmozy u kota?
  • Po 10 dniach po spożyciu zakażonego nosiciela, lub mięsa w przewodzie pokarmowym kota następuje produkcja oocyst, czyli jaj pasożyta.
  • Wydalanie oocyst wraz z kałem trwa do dwóch tygodni.
  • Oocysty osiągają inwazyjność dopiero po 72 godzinach.
  • Kot przechodzi toksoplazmozę tylko raz w życiu.

Czy można sprawdzić, że mój kot jest zakażony pasożytem toksoplazmozy?

Wynik z krwi kota odpowie nam jedynie na pytanie, czy nasz kot miał wcześniej kontakt z pasożytem toksoplazmozy. Aby przekonać się czy aktualnie choruje musimy zbadać jego kał na obecność oocyst pasożyta. Dla pewności możemy przeprowadzać badanie co 3-4 tygodnie do porodu dziecka. 

Jak możemy zarazić się toksoplazmozą?
  • jedząc surowe mięso, np. tatara, lub próbując czy dobrze doprawiliśmy mielone mięso na kotlety
  • jedząc niemyte warzywa i owoce, które mogły zostać zanieczyszczone przez zarażonego kota
  • nie zachowując czystości podczas czyszczenia kociej kuwety
  • przy skaleczeniu się podczas przygotowywania zakażonego mięsa
  • przez skaleczenie skóry pracując w ogrodzie, na zarażenie się tą drogą są szczególnie narażeni weterynarze, rzeźnicy lub pracownicy labolatorium
  • rzadko podczas transfuzji krwi

Kiedy ginekolog zapytał mnie o miejsce pracy, od razu usłyszałam, że grozi mi wysokie ryzyko zarażenia toksoplazmozą. To pięknie - pomyślałam - przecież muszę się przyznać do dwóch prywatnych kotów. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu odpowiedział, że ciąża nie jest powodem do pozbywania się z mieszkania zwierząt. Trzeba tylko zachować ostrożność, unikać sprzątania kuwety lub robić to w rękawiczkach. Ważne jest również, aby była na bieżąco czyszczona i wyparzana gorącą wodą. Należy też zachować umiar w kontaktach z pupilem, ograniczyć przytulanie, nie całować kota, nie pozwalać mu spać ze sobą w łóżku, czy chodzić po blatach.


TOKSOPLAZMOZA W CIĄŻY

Choroba, która jest zupełnie nieszkodliwa, stanowi poważne zagrożenie kiedy dotyczy kobiet w ciąży. W czasie trwającego zakażenia matki może dojść do przeniknięcia przez łożysko aktywnego pasożyta toksoplazmozy do płodu.

Wraz z wiekiem ciążowym wzrasta ryzyko zarażenia, jednak szkoda jaką może wyżądzić maleje. Najbardziej narażone na konsekwencje choroby są kobiety we wczesnej ciąży. 

Objawy toksoplazmozy u dzieci, po zarażeniu we wczesnej ciąży:

  • wewnątrzmaciczny zgon płodu, rzadziej poronienie
  • zapalenie siatkówki i naczyniówki oka
  • zwapnienia śródmózgowe 
  • małogłowie lub wodogłowie
  • zaburzenia widzenia
  • niedosłuch
  • drgawki

Objawy toksoplazmozy u dzieci, po zarażeniu w zaawansowanej ciąży:

  • żółtaczka
  • powiększenie śledziony
  • powiększenie wątroby
  • zapalenie mózgu
  • zapalenie płuc

Obowiązkowe badania krwi w kierunku oznaczenia obecności pasożyta toksoplazmozy w trakcie ciąży, pozwalają ustalić czy nabyłyśmy odporność na tę chorobę, lub czy przechodzimy ją obecnie. Z niecierpliwością czekałam na wyniki, będąc święcie przekonana, że zarażenie mam już dawno ze sobą i z pewnością jestem na to paskudztwo uodporniona. Ku mojemu zdziwieniu przeciwciała IgG mam ujemne, co znaczy, że nigdy nie miałam kontaktu z pasożytem. A IgM ujemne oznacza, że w tym momencie również nie jestem zarażona. Badania za jakiś czas muszą zostać powtórzone, aby w razie infekcji natychmiast włączyć leczenie.


Myślę, że większym zagrożeniem dla maluszka jest stres na jaki narażona jest kobieta w ciąży, która przywiązana do swoich zwierząt, przez cały okres ciąży musi wysłuchiwać, że zagrażają one jej dziecku. Moje zwierzaki są niewychodzące, nie dostają surowego mięsa (już;)), a kuwetą od początku ciąży zajmuje się tylko i wyłącznie Łukasz, który pracuje w domu, więc sprząta na bieżąco. W ramach mojego bezpieczeństwa zrezygnowaliśmy też ze żwirku, który można spuszczać w toalecie, na rzecz tradycyjnych woreczków znoszonych do śmietnika na dół. Nie całuję kotów i nie śpią ze mną w łóżku, chociaż Zośka by chciała, bo od kiedy jestem w ciąży cały czas chce być blisko brzuszka. :) Nie są wpuszczane do kuchni, a wszystko co mogło zostać przez naszą nieuwagę przez nich polizane ląduje w śmietniku. 



Artykuły z których korzystałam podczas tworzenia wpisu i w których możecie doczytać więcej na ten temat:


Copyright © 2016 Brakuje Żyrafy , Blogger